sobota, 24 grudnia 2016

Lekarze, znachorzy, szamani

Ilu chorych na depresję idzie do lekarza? Ilu prawidłowo rozpoznaje swoje objawy i decyduje się na profesjonalną pomoc? Nadal niezbyt wiele osób podejmuje takie decyzje. Sytuacja się zmienia, poprawia, ale nadal to kropla w morzu potrzeb. Bo częściej uciekamy w alkohol lub narkotyki, zamiast szukać pomocy u specjalistów. Ma to negatywny wpływ nie tylko na samych chorych, ale też na środowisko lekarskie. 

Jak się przyjrzymy osobom, które najczęściej trafiają do psychiatry, to są to ludzie, których:

Po pierwsze stać na to. Wizyta w prywatnym gabinecie lub klinice to wydatek spory, około 150 złotych za wizytę. Skuteczna opieka to przynajmniej dwie wizyty w miesiącu na początkowym etapie. Bo trzeba dobrać leki i obserwować adaptację do farmaceutyków. Potem wystarczy raz w miesiącu, lub nawet rzadziej, jeśli lekarz jest skłonny wypisywać leki na większe ilości. Na wizytę u psychiatry lub terapię z NFZ czeka się długo. W przypadku terapii nawet do dwóch lat. Psychiatry nawet nie warto szukać, bo zmarnujemy czas, zasoby i nic z tego nie będzie. Wiec jak nie masz kasy – to zdychaj.

Po drugie – trzeba przełamać tabu. Bo to, że chodzisz do psychiatry jest nadal w Polsce piętnem, stygmatem. Kojarzy się negatywnie. Wiec osoba, która się na to decyduje, mimo zaburzeń, musi mieć odwagę.

Po trzecie – jest cała rzesza ludzi, którzy chodzą do psychiatry, bo mają z tego korzyści. Leki, zwolnienia, które ciężko podważyć, nawet przy kontrolach ZUS. Ponadto psychiatra może wystawić zwolnienie nawet do 6 miesięcy wstecz, wiec załatamy dziury kacowe czy lenistwo jak dobrze zakręcimy lekarza.

I tutaj od razu pojawia się problem z lekarzami. „Na palcach dwóch rak”, możemy policzyć prawdziwie oddanych pomocy pacjentom specjalistów. W większości to jednak wyspecjalizowane maszynki do zwolnień i recept. Wchodzisz na wizytę, mówisz ile potrzebujesz Xanaxu, Afobamu czy leków nasennych, ile dni nie było Cię w pracy. Płacisz i wychodzisz. Jak masz fart. Bo wcale nie rzadkie są przypadki, gdy psychiatrzy wykorzystują stan pacjentów do własnych celów. Znany jest mi osobiście przypadek lekarza ze Śląska, który uzależniał swoje pacjentki od leków, aby wykorzystywać je seksualnie. Uznawany w środowisku za wybitnego specjalistę i biegłego sądowego. W praktyce zawodowej, jako lekarz, ponizał pacjentów, wykorzystywał ich na wszystkie możliwe sposoby i korzystał jak tylko mógł ze swojej władzy nad nimi. I praktykuje do dziś z niemałymi sukcesami. Bo takiemu lekarzowi nic nie udowodnisz. Kto uwierzy komuś choremu psychicznie, z zaburzeniami osobowości, że lekarz działał na jego niekorzyść. Czy znajdzie się w środowisku ktoś, kto wystąpi przeciwko koledze po fachu? Wątpię. Przynajmniej nie oficjalnie. Więc taka ofiara jest bezbronna. Może uciekać, ale nikt nie zagwarantuje, że kolejny lekarz nie będzie kolejnym świrem. I czy uwierzy w historie o koledze z izby lekarskiej. Więc takie osoby to ukrywają, nie ujawniają kolejnemu lekarzowi, co je spotkało. A bez tego nie ma pełnej diagnozy, nie można w pełni pomóc. 

Dlatego trzeba niezmiernie ostrożnie podchodzić do tematu. Bo pomoc jest niezbędna, konieczna. Nie nastawiamy sobie sami nogi po złamaniu, a w przypadku depresji czy innych zaburzeń, mówimy o złamanym mózgu, duchu. Nie piętnuję całego środowiska, bo nie o to chodzi. Spotkałam na swojej drodze wspaniałych lekarzy, którzy nie tylko dobrze dobierają leki, potrafią nimi wyregulować życie prawie do normy, ale też służą pomocą w swoim wolnym czasie, nieodpłatnie, interwencyjnie. Są specjalistami z powołania, zawodowcami z dobrem pacjenta na pierwszym miejscu. Jednak jest grupa zwyrodnialców, którzy najwyraźniej mają sami poważne problemy ze sobą i dlatego zostali psychiatrami. Psychopaci, narcyzi, egoiści. Trafiają na studia medyczne i podejmują decyzję o takim kierunku, bo widzą potencjał dla zaspokojenia własnych chorych potrzeb i patologicznych pragnień.
Tak samo jak Ci szamani stanowią zagrożenie dla pacjentów, tak samo Ci udający psują całą branżę. 

Ale o tym symulantach napiszę niebawem, bo to temat rzeka.