Pokazywanie postów oznaczonych etykietą #psychologia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą #psychologia. Pokaż wszystkie posty

sobota, 31 grudnia 2016

Kara dziedziczna

Ludzie się rozchodzą. Codziennie, z różnych powodów, w różnych okolicznościach. Dzielą się majątkami, wszystkim, co osiągnęli przez lata. To chleb powszedni obecnej rzeczywistości. O ile w związku nie ma dzieci, to sprawa przeważnie jest prosta. Dochodzimy do wniosku, że najlepszym wyjściem jest rozejście się, rozwód. Sąd decyduje o rozpadzie związku, podziale majątku i żegnamy się. W mniej lub bardziej pokojowych warunkach. Schody i tragedia mają miejsce, gdy w związku są dzieci. Odwieczny dylemat – z kim dzieci będą miały lepiej, kto się lepiej nimi zaopiekuje. I o ile jest to rozważane racjonalnie, bezstronnie, to może to mieć dla wszystkich zainteresowanych w miarę neutralny charakter. Przynajmniej w materialnym zakresie. Bo poziom psychiczny to inna para kaloszy.

Dziecko zawsze przeżyje rozstanie. Bo to rozdarcie uczuć. Niezależnie od tego, jakie są powody rozstania rodziców, jeśli mamy do czynienia z rozsądnymi ludźmi nie powinno być sytuacji, że dziecko staje się argumentem, karta przetargową czy punktem nacisku. To nierozsądne i nieodpowiedzialne. Żeby powiedzieć najłagodniej. Bo wcale nie a wyjątkowe sytuacje, gdy jedno z rodziców nastawia dziecko przeciwko drugiemu. Gdy dziecko jest wykorzystywane do tego, żeby zemścić się na byłym partnerze. Dziecko, niezależnie od wieku nigdy nie powinno brać udziału w rozgrywkach rodziców. Jeżeli ktokolwiek wykorzystuje dzieci do osiągniecia własnych celów, zwłaszcza wobec byłego partnera, drugiego z rodziców, to oznacza kilka rzeczy.

  • Po pierwsze – chyba nie dojrzał do bycia rodzicem. Bo dla rodzica dobro dziecka jest najważniejsze. Powinno być. I jeśli naraża dziecko na napięcia psychiczne tylko, dlatego, żeby odegrać się na kimś, to używa dziecka jak przedmiotu, rzeczy szczególnej wagi. Nie jak człowieka, nie jak żyjąca i czującą istotę.
  • Po drugie – w szerokim obrazie, robi krzywdę nie tylko dziecku, ale też sobie. Zwłaszcza, jeśli posuwa się do kłamstwa i naginania rzeczywistości. Prawda ma to do siebie, że wcześniej czy później wychodzi na jaw. I taki dzieciak nie podziękuje mu za antagonizację wobec rodzica. Śmiem myśleć, że po prostu robi sobie wroga.
  • Po trzecie – oprócz powyższego, powoduje, że dziecko zaczyna czuć niechęć, czasem nienawiść wobec drugiego z rodziców. A taka sytuacja, zwłaszcza, gdy nie jest to uzasadnione, nie powinna mieć miejsca. Niezależnie od relacji dorosłych.

Często rodzic zostawia, z własnej woli, dziecko z drugim opiekunem. Ze względu na sytuację własną lub ze względu na dobro dziecka. Zwłaszcza, gdy jest osobą odchodząca. Zmiana środowiska, zerwanie więzi z przyjaciółmi, kolegami, znanym otoczeniem, może dla dziecka być bardziej traumatyczne niż samo rozstanie się rodziców. A na pewno dołoży swoje do traumy rozwodu. I jeśli w takiej sytuacji, gdy motywy pozostawienia dziecka są jasne i wyrażone otwarcie, granie dzieckiem w zemście czy chęci innej kompensaty wobec straty partnera jest wyjątkowo podłe i nieludzkie. Niesie w sobie znamiona psychopatyczne, chociaż może być popełniane nie do końca z premedytacją.

Tym trudniejsza staje się sytuacja takiego rodzica, które ze względu na dobro dziecka decyduje się na pozostawienie go w miejscu urodzenia i zamieszkania. Bo zrobił to dla tego dziecka, a stało się ono w rękach byłego partnera wyłącznie pionkiem we własnej, chorej grze. Sytuacja podwójnie patowa. Nie rzadko bez wyjścia, jeśli nie chcemy nikogo dodatkowo ranić.


Jeśli przeniesiemy się na chwilę w sytuację trwającego związku, to takie działania też mają miejsce – partnerzy grają dobrem lub komfortem dziecka w drodze do kompromisu między własnymi potrzebami, pragnieniami. Jednak w sytuacji rozstania, rozwodu, nie mówimy o kompromisie. Mówimy o brudnej grze, w której nie wygra nikt. I dla takiego patologicznie wykorzystującego dziecko rodzica liczy się tylko chwilowa satysfakcja, „dojechanie” byłego partnera. Bo nie może być mowy o tym, ze grając dzieckiem, jednocześnie chce jego dobra. To się wyklucza. I finalnie przegrywają wszyscy. A powinno przecież wszystkim zależeć na dobru dziecka. Jeśli rzeczywiście je kochają.

sobota, 24 grudnia 2016

Nic śmiesznego – zakupoholizm

Pojęcie często trywializowane, wyśmiewane i traktowane, jako fanaberia. Tymczasem mamy do czynienia z poważną chorobą. Formą uzależnienia. Zakupoholizm jest stawiany zaraz obok uzależnienia od Internetu (w szczególności gier), jako jedno z uzależnień związanych z szybkim i nagłym pobudzeniem ośrodka nagrody. Mechanizm jest podobny także do uzależnień od narkotyków, bo działają te same mechanizmy. Jednak nie ma tutaj iniekcji środka pobudzającego, więc troszkę jest tutaj mowa, o czym innym.


Zakupoholicy potrafią dla chwilowej radości, krótkiego „strzału” zadowolenia, wydawać ogromne pieniądze. Bo zakupoholik nie zadowoli się zakupem bułki czy gumy do żucia. To musi być zakup, który ma znaczenie. Więc wydaje się grubą kasę na niepotrzebne rzeczy. Jednak dla osoby uzależnionej są najważniejsze na świecie. Przynajmniej do momentu zakupu. Bo jak tylko zakup zostaje dokonany, to radocha wygasa i trzeba kupić kolejną rzecz, a ta już kupiona jest bez znaczenia.
Osoby chore zachowują się, jak osoby bez narkotyku. Są
zdolne do kłamstwa, oszustwa, szantażu i każdej możliwej formy manipulacji, żeby tylko spełnić potrzebę chwilowej radochy. Gdy osoby takie są w jakikolwiek sposób zależne materialnie od innych, potrafią dla zakupu ciucha podważyć wszystko – związek, miłość, oddanie. Zakwestionować oddanie partnera, zlekceważyć wszystko, żeby tylko w toku awantury, osiągnąć swój cel. Czyli wyjście do sklepu i zakup kolejnego niepotrzebnego przedmiotu. A najlepiej kilku. Im drożej, tym lepiej.

Zakupoholizm jest uzależnieniem behawioralnym (związanym z zachowaniami) i ściśle związanym z niskim poziomem serotoniny i dopaminy, czyli układu motywacyjnego. Zakupoholizm można rozpoznać po następujących zachowaniach:

  • Dokonywanie zakupów jest sposobem na poprawianie samopoczucia (poprawienie nastroju, redukcję lęku czy radzenie sobie z samotnością).
  • Spędzanie znacznej ilości czasu na zakupach w centrach handlowych lub na aukcjach internetowych.
  • Częste (czasami obsesyjne) myśli o planowanych, kolejnych zakupach.
  • Pożyczanie pieniędzy na kolejne zakupy.
  • Odczuwanie podniecenia w związku z planowanymi zakupami.
  • Przeżywanie euforii podczas zakupów (podczas wydawania pieniędzy).
  • Poczucie winy i wstydu po dokonaniu zakupów.
  • Kupowanie niepotrzebnych przedmiotów i chowanie ich często nawet bez rozpakowania.
  • Kłamstwa na temat tego, co się kupiło lub ile pieniędzy wydało się na zakupy.
  • Ukrywanie większości zakupów w obawie przed krytyką otoczenia.
  • Kłótnie z bliskimi w związku z dokonywanymi zakupami i wydawanymi na nie pieniędzmi.


Zakupoholicy nie korzystają często z tego, co kupują. Wręcz pozbywają się zakupionych rzeczy, żeby uśpić wyrzuty sumienia. Ale nie sprzedają swoich przedmiotów. Szybciej je oddają, robią prezenty. Zakupoholizm może prowadzić do bankructwa, upadłości konsumenckiej, a czasem nawet do upadłości prowadzonych firm.

Tak jak każdego uzależnionego trzeba poddawać leczeniu. Tak, jak kokainisty nie wpuszcza się do fabryki koki, tak zakupoholik powinien unikać sklepów, galerii handlowych. Zakupoholizm stymulują także reklamy w TV. Podstawą jest jednak terapia.

Bardzo często zakupoholizm jest pokłosiem i reakcją na stany depresyjne. Bo osoba permanentnie nieszczęśliwa, znajduje sposoby na chwilowe poprawienie sobie nastroju i ucieka w zakupy. To jednak jakby leczyć nadwagę amfetaminą. Słaby pomysł.


I nie mówię tego, jako laik, bo jestem zakupoholiczką. Znam temat z autopsji i uwierzcie mi, nie jest łatwo z tym żyć. Macie doświadczenia? Zapraszam. Pogadajmy. Może pomożemy sobie wzajemnie J

Lekarze, znachorzy, szamani

Ilu chorych na depresję idzie do lekarza? Ilu prawidłowo rozpoznaje swoje objawy i decyduje się na profesjonalną pomoc? Nadal niezbyt wiele osób podejmuje takie decyzje. Sytuacja się zmienia, poprawia, ale nadal to kropla w morzu potrzeb. Bo częściej uciekamy w alkohol lub narkotyki, zamiast szukać pomocy u specjalistów. Ma to negatywny wpływ nie tylko na samych chorych, ale też na środowisko lekarskie. 

Jak się przyjrzymy osobom, które najczęściej trafiają do psychiatry, to są to ludzie, których:

Po pierwsze stać na to. Wizyta w prywatnym gabinecie lub klinice to wydatek spory, około 150 złotych za wizytę. Skuteczna opieka to przynajmniej dwie wizyty w miesiącu na początkowym etapie. Bo trzeba dobrać leki i obserwować adaptację do farmaceutyków. Potem wystarczy raz w miesiącu, lub nawet rzadziej, jeśli lekarz jest skłonny wypisywać leki na większe ilości. Na wizytę u psychiatry lub terapię z NFZ czeka się długo. W przypadku terapii nawet do dwóch lat. Psychiatry nawet nie warto szukać, bo zmarnujemy czas, zasoby i nic z tego nie będzie. Wiec jak nie masz kasy – to zdychaj.

Po drugie – trzeba przełamać tabu. Bo to, że chodzisz do psychiatry jest nadal w Polsce piętnem, stygmatem. Kojarzy się negatywnie. Wiec osoba, która się na to decyduje, mimo zaburzeń, musi mieć odwagę.

Po trzecie – jest cała rzesza ludzi, którzy chodzą do psychiatry, bo mają z tego korzyści. Leki, zwolnienia, które ciężko podważyć, nawet przy kontrolach ZUS. Ponadto psychiatra może wystawić zwolnienie nawet do 6 miesięcy wstecz, wiec załatamy dziury kacowe czy lenistwo jak dobrze zakręcimy lekarza.

I tutaj od razu pojawia się problem z lekarzami. „Na palcach dwóch rak”, możemy policzyć prawdziwie oddanych pomocy pacjentom specjalistów. W większości to jednak wyspecjalizowane maszynki do zwolnień i recept. Wchodzisz na wizytę, mówisz ile potrzebujesz Xanaxu, Afobamu czy leków nasennych, ile dni nie było Cię w pracy. Płacisz i wychodzisz. Jak masz fart. Bo wcale nie rzadkie są przypadki, gdy psychiatrzy wykorzystują stan pacjentów do własnych celów. Znany jest mi osobiście przypadek lekarza ze Śląska, który uzależniał swoje pacjentki od leków, aby wykorzystywać je seksualnie. Uznawany w środowisku za wybitnego specjalistę i biegłego sądowego. W praktyce zawodowej, jako lekarz, ponizał pacjentów, wykorzystywał ich na wszystkie możliwe sposoby i korzystał jak tylko mógł ze swojej władzy nad nimi. I praktykuje do dziś z niemałymi sukcesami. Bo takiemu lekarzowi nic nie udowodnisz. Kto uwierzy komuś choremu psychicznie, z zaburzeniami osobowości, że lekarz działał na jego niekorzyść. Czy znajdzie się w środowisku ktoś, kto wystąpi przeciwko koledze po fachu? Wątpię. Przynajmniej nie oficjalnie. Więc taka ofiara jest bezbronna. Może uciekać, ale nikt nie zagwarantuje, że kolejny lekarz nie będzie kolejnym świrem. I czy uwierzy w historie o koledze z izby lekarskiej. Więc takie osoby to ukrywają, nie ujawniają kolejnemu lekarzowi, co je spotkało. A bez tego nie ma pełnej diagnozy, nie można w pełni pomóc. 

Dlatego trzeba niezmiernie ostrożnie podchodzić do tematu. Bo pomoc jest niezbędna, konieczna. Nie nastawiamy sobie sami nogi po złamaniu, a w przypadku depresji czy innych zaburzeń, mówimy o złamanym mózgu, duchu. Nie piętnuję całego środowiska, bo nie o to chodzi. Spotkałam na swojej drodze wspaniałych lekarzy, którzy nie tylko dobrze dobierają leki, potrafią nimi wyregulować życie prawie do normy, ale też służą pomocą w swoim wolnym czasie, nieodpłatnie, interwencyjnie. Są specjalistami z powołania, zawodowcami z dobrem pacjenta na pierwszym miejscu. Jednak jest grupa zwyrodnialców, którzy najwyraźniej mają sami poważne problemy ze sobą i dlatego zostali psychiatrami. Psychopaci, narcyzi, egoiści. Trafiają na studia medyczne i podejmują decyzję o takim kierunku, bo widzą potencjał dla zaspokojenia własnych chorych potrzeb i patologicznych pragnień.
Tak samo jak Ci szamani stanowią zagrożenie dla pacjentów, tak samo Ci udający psują całą branżę. 

Ale o tym symulantach napiszę niebawem, bo to temat rzeka.

piątek, 2 grudnia 2016

Depresja okłamuje

Znalazłam ciekawy artykuł na stronie Mighty Health. Od razu podziękuję Jakubowi za pomoc w tłumaczeniu tego ważnego artykułu J


Artykuł wymienia 4 rzeczy, które depresja nam wmawia. Nie w sensie, ze jest to jakiś byt szepczący nam do ucha, tylko stany powodowane tą chorobą, powodują, że myślimy o tych rzeczach jak o prawdzie, faktach. A nimi nie są!

Oto one:

Ludzie nie chcą przebywać w Twoim towarzystwie: Depresja powoduje, ze czujesz się całkowicie samotnie. Nawet, gdy masz rodzinę i przyjaciół, którzy Cię kochają, może sprawić, że czujesz, że ich nie obchodzi to jak się czujesz i ze nie chcą być obok Ciebie. Choroba może wyostrzyć niepewność wobec samego siebie i naszych związków i spowodować, że zaczniemy się izolować. Stopniowe ponowne nawiązywanie więzi z tymi, którzy chcą je nawiązać, może pomóc w przeciwdziałaniu społecznego odrzucenia.

Nie zasługujesz na wyzdrowienie: depresja może mieć znaczny wpływ na poczucie własnej wartości, sprawiając, ze czujemy jakbyśmy zasługiwali na to jak się czujemy. Nie zasługujemy. Jesteś wart każdej minuty starań o to, żebyś poczuł się lepiej – czy to ze strony terapeuty, rodziny czy przyjaciół. Jeśli trudno Ci zdecydować czy powinieneś szukać wsparcia, pomocy, spróbuj pomyśleć, że Twój przyjaciel, ktoś bliski czuje to, co Ty. Na co on zasługuje? Znacznie lepiej jest nam być dobrymi przyjaciółmi dla innych, niż dla nas samych.

Jesteś wyłącznie swoją depresją: depresja to coś, co masz, nie coś, czym jesteś. Zaczyna być niezmiernie łatwo zakopać się we wlanych odczuciach i nawet zacząć definiować samych siebie zgodnie ze swoimi symptomami, bo tak często je odczuwamy. Ale ważne jest żeby walczyć z tymi myślami. Spróbuj zmienić sposób myślenia, z „Jestem depresyjny”, na „czuję teraz depresje”. Przypominanie sobie o istnieniu innych części samych siebie pomaga podnieść samoocenę i zmienić sposób myślenia.

Wołanie o pomoc nic nie da: Problemem jest, że za słabo się starasz? Nieprawda! Gdy mówimy o zaburzeniu psychicznym często zakładamy, że powinniśmy dać sobie z nim radę samodzielnie. Jednak nie nastawiasz sobie sam złamanej nogi. Wołanie o pomoc w przypadku choroby psychicznej powinno wyglądać tak samo. Nawet do 80 procent osób leczących depresję wykazuje postępy i poprawienie sytuacji po rozpoczęciu leczenia farmakologicznego połączonego z terapią i udziałem w grupach wsparcia.

Życie z depresją może być nieznośne, zwłaszcza, jeśli depresja powoduje, że zaczynamy akceptować takie szkodliwe myślenie. Bardzo ważne jest żeby jednak zwrócić się do najbliższych po pomoc.



Znajdujecie u siebie podobne myśli? Dajcie znać. Pomóżmy sobie wzajemnie!

środa, 30 listopada 2016

Aktor na scenie własnych lęków

Ilu z Was kojarzy albo wie, co to są histrioniczne zaburzenia osobowości? Pewnie niewielu. Dlatego

muszę o tym napisać. Bo wiedza jest pierwszym stopniem do rozumienia.

Zaburzenia te występują w klasyfikacjach ICD-10 i DSM-IV pod numerami, odpowiednio, F60.4 i 301.50.

Jak podaje Wikipedia, pojęcie te wywodzi się od greckiego histrio, czyli aktor i charakteryzuje się egzaltacja zachowań, przesadnym wyrazem emocjonalnym, teatralnością zachowań, staraniami o zwrócenie uwagi i prowokacyjną seksualnością. Do kryteriów diagnostycznych należą:

Według ICD-10 musza wystąpić przynajmniej trzy z poniższych:

  • teatralność
  • sugestywność
  • płytka uczuciowość
  • poszukiwanie docenienia (bycie w centrum)
  • niestosowna uwodzicielskość
  • koncentracja na atrakcyjności fizycznej


W DSM-IV:

  • brak poczucia komfortu w sytuacjach, w których nie jest się w centrum uwagi
  • interakcje z innymi charakteryzujące się często niestosownym kuszeniem erotycznym (inappropriate sexually seductive) lub zachowaniami prowokacyjnymi
  • przejawianie szybko się zmieniających i płytkich emocji
  • konsekwentne wykorzystywanie wyglądu fizycznego do zwracania na siebie uwagi innych
  • styl wypowiedzi nadmiernie impresjonistyczny i pozbawiony szczegółów
  • samokreowanie się (self-dramatization), teatralność, wyolbrzymianie ekspresji emocji
  • podatność na sugestie, czyli łatwe uleganie wpływom innych lub okoliczności
  • uważanie związków za bardziej intymne niż są one w rzeczywistości


Tyle jeśli chodzi o czyste teoretyzowanie i wklejanie zawartości stron J

O co chodzi?

Osoba z takimi zaburzeniami za wszelką cenę chce pasować do swojego otoczenia i to w sposób pozwalający jej na bycie wyżej niż inni. Nie wynika to z narcyzmu, ale ze sposobu, w jaki radzą sobie z otoczeniem, własnymi słabościami, lękami czy depresją. Osoba z histrionicznym zaburzeniem będzie za wszelką cenę walczyła o pozostawanie w centrum uwagi, w centrum zainteresowania. Nawet kosztem kłamstwa czy udawania. Stąd odwołanie do aktora. I to nie jest tak, że te zachowania czy postawy są intencjonalne, umyślne. Te osoby nie potrafią w inny sposób reagować na otoczenie, innych ludzi, różne okoliczności. Osoby takie będą grały, bardzo żywo i aktywnie reagują na wszystko, co się dzieje wokół nich, mają żywą ekspresję słowną i fizyczną (gestykulacja). Gdy opowiadają, często robią to na poziomie bardzo ogólnym, nie wchodzą w szczegóły. Dramatyzują jakby najmniejsze zdarzenie, najbardziej nawet błahe było ważne, najważniejsze dla nich i dla wszystkich dookoła. Charakteryzuje je także szczególna dbałość o wygląd fizyczny i zasłanianie się tą fizycznością przed ingerencją w nich samych. To może prowadzić do zaburzeń łaknienia (anoreksji lub bulimii) i w konsekwencji do stanów depresyjnych i innych zaburzeń psychicznych.

Przez cały ten fasadowy teatr, osoby takie często wpadają w depresję i stany lekowe, gdy zaczyna brakować im sił na ciągłe udawanie i grę. Człowiek tarci samego siebie na scenie choroby – upośledza swoje rzeczywiste talenty, oddala się od ludzi w sensie rzeczywistej interakcji (na rzecz pozorowanej). Brak akceptacji otoczenia może prowadzić do pogłębiania się stanów depresyjnych, autoagresji, przemocy wobec innych i finalnie do samobójstwa. Bo człowiek histrioniczny jest wiecznie rozdarty, wiecznie na dwóch biegunach osobowości, wiecznie na dwóch scenach w życiu.
Postawić diagnozę jest niezwykle trudno, bo te osoby doskonale umieją maskować swoje prawdziwe emocje, przy pomocy przesadzonych reakcji udawanych, granych. Przy tych zaburzeniach, gdy występują wraz z depresją, chorobą dwubiegunową czy stanami lękowymi, mogą skutecznie być przez zaburzenia histrioniczne zasłonięte, nie możliwe do diagnozy.


Zaburzenia histrioniczne to mieszanka wybuchowa. Bo z pozoru osoba jest pogodna, otwarta, przyjacielska i energiczna. W środku dzieje się bardzo często bardzo źle. Zamkniecie na ludzi, na otoczenie, brak leku przed śmiercią czy wahania nastrojów są fasadowo zasłonięte i kipią, gwiżdżą, drżą przed nieuchronną erupcją. I do wybuchu wystarczy impuls, szturchniecie, pstryczek. I fasada opada, szal wchodzi na scenę w towarzystwie agresji, przygnębienia i desperacji. I to się może skończyć dla wielu osób źle. Nie dla osoby chorej, która w takim wypadku nie widzi żadnych zagrożeń, czuje jedynie to, że na chwilę upuści parę z gwizdka, poczuje się na kilka sekund lepiej, prawie normalnie. Czasem osiągają to dzięki atakom szału, czasem poprzez alkohol, narkotyki czy zakupoholizm. Nic to jednak w szerokim obrazie nie daje, a jedynie wzmaga frustrację, i pogłębia stany zaburzeniowe.

Istnieje też głębszy problem, gdy grana rola zaczyna dominować i jest sukcesem. Skłaniamy się wtedy ku zaburzeniom schizofrenicznym, gdzie świat wymyślony, wykreowany, udawany staje się bardziej realny od rzeczywistości.

Leczenie jest bardzo trudne. Leki nie działają na samo zaburzenie histrioniczne, pomagają tłumić efekty zaburzeń towarzyszących. Pomaga tylko terapia, ale w bardzo ograniczonym zakresie. Głównie ze względu a charakter zaburzenia. Ciężko jest się przebić przez kostium klauna do serca problemu, gdy gra i udawanie jest głównym symptomem zaburzenia. Leczenie farmakologiczne może tez być niebezpieczne, bo może prowadzić do wykorzystania leków do osiągnięcia efektu zwrócenia na siebie uwagi i innych teatralnych gestów, lezących w naturze tego zaburzenia. Z samobójstwem włącznie.


Musicie zdawać sobie sprawę z takich sytuacji i zaburzeń, żeby prawidłowo na nie reagować. Starać się pomagać takim ludziom zamiast ich piętnować i alienować. Bo odsuwanie ich od siebie powoduje wyłącznie eskalacje i agresje. Nic nie zdziałacie, a jedynie narazicie siebie i osoby chore na większe ryzyka. Bo śmierć chodzi krok w krok za histrionikiem. I on się jej nie boi, on ją akceptuje, jako towarzyszkę, sprzymierzeńca. I dla osiągnięcia swoich celów, zaspokojenia na kilka sekund swoich potrzeb – jest w stanie spuści ja ze smyczy, narażając nie tylko siebie, ale tez wszystkich dookoła. Żeby tylko nie zostać samemu ze sobą. Bo samotność jest chyba najgorszą rzeczą dla histrionika…gorszą niż śmierć.

wtorek, 22 listopada 2016

Nie mogę spać – czy zaburzenia snu są groźne?

Często wraz z depresją pojawiają się zaburzenia snu. I nie mówię o przypadkach gdy po prostu nie możesz usnąć, bo myślisz za dużo o różnych sprawach, czy martwisz się jakimś wydarzeniem w życiu. Mówię o chronicznych problemach ze spaniem, ciągłej walce z piaskowym dziadkiem.


Takie zaburzenia są opisane w ICD-10 pod kategorią F51 i G47. I tam znajdziemy kilka kategorii zaburzeń:

Nieorganiczne zaburzenia snu (F51)

  • Bezsenność
  • Hipersonia (nadmierna senność)
  • Zaburzenia rytmu snu i czuwania
  • Somnabulizm (powszechnie znane jako lunatykowanie)
  • Lęki nocne
  • Koszmary senne
  • Inne i nieokreślone zaburzenia snu (organiczne i nieorganiczne)

Zaburzenia snu (G47)

  • Zaburzenia rozpoczęcia i trwania snu
  • Nadmierna senność
  • Zaburzenia rytmu snu i wstawania
  • Bezdech senny
  • Narkolepsa i katalepsja
  • Inne i nieokreślone zaburzenia snu


I możemy pchać teraz definicje podręcznikowe, klasyfikacje i oceny fachowców. Jasne. Tylko, że chyba nie o to, chodzi. Poza tym każdy może wejść w Google czy Wikipedię i o tym poczytać. Tradycyjnie źródła anglojęzyczne są bogatsze i pełniejsze, więc jak nie możecie spać, to poczytajcie. Ja chcę Wam opowiedzieć jak to jest z pozycji osoby, która cierpi na te zaburzenia. A wygląda to bardzo nieciekawie.

Wyobraźcie sobie sytuację, że zbliża się godzina, gdy wszyscy domownicy idą spać. Całe osiedla się wyciszają, milknie nawet ujadający za oknem pies sąsiada. A wy nie możecie spać. Próbujecie wszystkiego. Zmieniacie po raz tysięczny pozycję w łóżku, liczycie barany czy co tam Wam skacze przez płotek w głowie. I nic. I wydaje Wam się, że minęło kilka godzin, a tak naprawdę walczycie dopiero pięć minut. I wpadacie we frustrację. Zaczynacie się denerwować. I to powoduje, że tym bardziej nie możecie zasnąć. Już w końcu się uspokajacie i rozpoczynacie walkę od początku. Kołdra na głowę, lewy bok, prawy bok, plecy, brzuch. Wstajecie, bo to nic nie daje. Włączacie telewizor i mimo tego, ze niebieskie światło pobudza i Wasz lekarz mówi, że to przeszkadza zaśnięciu, próbujecie zmęczyć oczy i mozg, żeby padł, umarł na te kilka godzin. I nic. Próbujecie zmęczyć się fizycznie. Ćwiczycie. Pompki, przysiady, gimnastyka. Padacie ze zmęczenia. Ale spać nie dajecie rady. Więc sięgacie po tabletki. Bierzecie kilka i kładziecie się do łóżka. W końcu zasypiacie. Budzicie się jednak za chwilę i patrzycie na zegarek. Zasrane piętnaście minut! I tak do rana. Siedem dni w tygodniu. Pełne miesiące. Oczywiście w pewnym monecie organizm się poddaje i zasypiacie. Tylko, że to nie jest zdrowy sen, to nie jest sen, który regeneruje. To jest sen ratunkowy. Sen, który rodzi się po to, żeby nie zabić organizmu. I wiecie, że wstaniecie bardziej zmęczeni niż się położyliście, że to tylko pauza w ciągłej walce ze zmierzchem i porankami.

Najgorsza w tym wszystkim jest jednak wszechogarniająca samotność. Człowiek ma wrażenie, ze wszyscy go opuścili, zostawili, wyjechali. Czuje się opuszczony, pozostawiony sam sobie. I jeśli już cierpi na zaburzenia nastroju, to te stany tylko go pogłębiają. Jeśli nie cierpi – to idzie dokładnie w kierunku, jaki upodobały sobie takie zaburzenia jak depresja czy dwubiegunówka.

Co na to poradzić?

Tutaj właśnie jest problem.

Farmakologia (leki, tabletki) są dobre przez chwilę. Pomagają zasnąć, ale nie podtrzymują snu. Ponadto, te najbardziej skuteczne są bardzo uzależniające i szybko rośnie tolerancja (zoplikon, zolpiderm czy beznodiazepiny). Ziołowe są nic nie warte. Podobno dobre efekty daje przyjmowanie melatoniny. Jednak to wszystko są tak naprawdę doraźne metody do stosowania tu i teraz, nie atakują problemu, tylko czasem pomagają w osłabianiu efektów.

I teraz wchodzimy w bardzo poważny problem. Polska ma jedną z największych w Europie sprzedaży środków nasennych. Mimo to, nikt nie prowadzi żadnych badań nad snem, nad jego zaburzeniami. Mówię o systemowej pomocy, nie o prywatnych klinikach, gdzie za grubą kasę zbadają przyczyny i wystawią diagnozę. Mówię o zwykłym leczeniu bezsenności. Bo osoba cierpiąca na chroniczną bezsenność ma raczej słabe perspektywy rozwoju zawodowego i utrzymania pracy. Brak snu zabija. Psychicznie i fizycznie. I nie ma żadnej pomocy. Faszeruje się ludzi tabletkami, potrzyma chwilę w szpitalu psychiatrycznym czy na oddziale neurologicznym…i dalej radź sobie człowieku sam. A bezsenność nie jest problemem błahym. I nie jest marginesem. Cierpią na nią tysiące, jeśli nie dziesiątki tysięcy ludzi. Nasz służba zdrowia rozkłada w niemocy ręce i nic nie robi. I człowiek w desperacji zaczyna samodzielnie szukać rozwiązań. Sięga po coraz to większe dawki leków nasennych, szuka innych, nowych preparatów. I wpada w uzależnienie. I bierze ich jeszcze więcej, bo już nie powodują zaśnięcia. Dają trochę odlotu i tyle. Oczywiście jeśli ma szczęście i znajdzie lekarza, który będzie w stanie pomóc i pozwoli na takie radzenie sobie z tym ogromnym problemem. Częściej jednak samo pozyskanie leków nasennych wiąże się z wejściem w układ z jakimś dilerem, który sprowadza środki nasenne z zagranicy albo ma dojście do recept i aptek. I zamiast 20 złotych za opakowanie, trzeba zapłacić 100. Ale Ci zdesperowani, zrobią wszytko, żeby tylko na chwilę zamknąć oczy i odpocząć. To jest patologiczne, że człowiek zachowuje się jak narkoman – łamie prawo, kręci, oszukuje i naraża swoje zdrowie i życie, żeby móc usnąć. A Państwo nie robi nic w tym kierunku, nie robi nic, żeby Ci ludzie nie musieli uciekać się do zachowań typowych dla ćpunów, żeby na chwilę zamknąć oczy i przespać się kilka godzin. Budujemy społeczność narkomanów uzależnionych od leków na receptę. Sen staje się ostatecznym hajem i odlotem, którego pożądają. Są ćpunami marzeń sennych, do których nie mogą dotrzeć.


Dlatego gorąca prośba – jeśli znasz kogoś kto cierpi na zaburzenia snu – okaż mu wsparcie, pomóż mu jak tylko możesz. I zacznijmy mówić głośno o tym, jak wielki to problem. Bo chowanie tego pod kołdrę niczego nie zmienia, a tylko pogarsza kondycję takich ludzi. I prowadzi do tragedii, zaburzeń osobowości a często śmierci.

wtorek, 15 listopada 2016

Depresja w natarciu

Wczoraj nic nie napisałam, bo umieram na grypę…koszmar. Jednak trafiłam na artykuł, który mnie poruszył i chcę się nim w wami podzielić. Pomógł mi w jego tłumaczeniu Jakub, więc tutaj chcę mu podziękować J

Artykuł pojawił się na stronie NBC News.

Chodzi o to, coraz więcej dzieci, młodzieży zapada na depresję. Nie są jednak na nią leczeni, bo po prostu antydepresanty nie działają, bo są przygotowywane dla dorosłych.

Badanie przeprowadzono na próbie 170 000 nastolatków i 180 000 młodzieży w wieku 18 do 25 lat.
W skali roku, odsetek osób zapadających na ciężkie epizody depresyjne wzrósł z 8,7% w 2005 do 11,3% wśród nastolatków i z 8,8% do 9,6% wśród dorosłej młodzieży. Niemal jeden na 11 młodych ludzi zapada na depresję. W przeważającej większość chodzi o białe dziewczyny.

Naukowcy zwracają uwagę, że wpływ na to może mieć zwłaszcza nękanie on-line. Dziewczyny używają bardziej intensywnie telefonów do pisania wiadomości i używania aplikacji społecznościowych. Powiązanie tych cech – intensywnego używania telefonów i zapadania w nastroje depresyjne zostało już jakiś czas temu udowodnione.

Jednocześnie młodzież nie zgłasza się do lekarzy mimo ciężkiej depresji. Z jednej strony jest to spowodowane lękiem przez antydepresantami, z drugiej – po prostu nikomu o tym nie mówią, w obawie przez atakami trolli i zwykłych idiotów.

To nie są błahe sprawy, bo nieleczona depresja jest wskazywana, jako jeden z głównych czynników wzrostu liczby samobójstw wśród młodzieży pomiędzy 15 a 19 rokiem życia. Samobójstwo jest druga przyczyną śmierci w tej grupie wiekowej.

Tyle sam artykuł.

I co z tego, powiecie. Przecież mnie to nie dotyczy i nasze nastolatki mają się dobrze. Pffff….

Tylko, że to nie do końca prawda. W momencie, gdy telefony i media społecznościowe stają się jedynym łącznikiem ze światem, jedynym spowiednikiem i publicznym pamiętnikiem, nie jest trudno paść ofiarą nękania, trollingu czy zwykłego chamstwa i buractwa. I jeśli medium, któremu ufamy staje się źródłem represji czy „pojazdu”, to tracimy sporą cześć naszego życia, tracimy zaufanie, tracimy wiarę w siebie i w to, ze jesteśmy w stanie w ogóle być w dzisiejszym świecie. A to może prowadzić wprost do depresji. A gdy jest się młodym, dojrzewającym fizycznie i psychicznie człowiekiem, może to zebrać dość ciężkie żniwo. Codziennie czytamy o samobójstwach w wyniku trollingu, czy nękania w sieci. I dotyczy to zwłaszcza nastolatków. Tylko nikt systemowo nie zajmuje się tematem, bo uważamy, że nasze nastolatki są bez emocji, to oni psują Internet, to oni są trollami i maja dobrą zabawę. Tylko, że znakomita część tych trolli, to ludzie dobrze po 25 roku życia, którzy mają już perturbacje dojrzewania za sobą. Młodzież mnie jest bardziej odporna, bo jest zanurzona w sieci od zawsze. To właśnie powoduje, że jest bardziej podatna. Bo Internet nie działa jak szczepionka, czy wirus, że jeśli mamy z tym kontakt, to nasze organizmy uczą się sobie z tym radzić. Nie. Radzić sobie z przemocą on-line trzeba się nauczyć, trzeba umieć odróżnić rzeczywistość od facebooka, użytkownika i znajomego od trolla, prawdę od sfabrykowanej treści. Tego nie uczy nikt, wszyscy lekceważą skutki tego braku edukacji i nikt nie ma recepty na depresję i samobójstwa wśród młodzieży. Bo rozwiązaniem nie jest blokada dostępu do sieci czy cenzura. Nastolatek zawsze znajdzie sposób żeby wrócić do swojego ukochanego świata, nawet, jeśli czasem dostaje od niego w dupę.


Trochę zamieniliśmy dualizm, ciało-duch, na dualizm offline-online i tego już nie cofniemy…dlatego musimy zadbać o to, żeby w przypadku poważnych zaburzeń depresyjnych czy samobójczych skłonności, pomagać młodym ludziom. Bo oni sami nie pójdą do lekarza, nie pochwalą się rodzicom czy kolegom. Będą się dusić w sobie i umierać od środka, z uśmiechem z katalogu na twarzach i masą emotikonek w SMSach i na Snapie. A mówimy o liczbie blisko 10% populacji. Czy stać nas na stratę dziesiątej części młodego pokolenia, tylko, dlatego, ze lekceważymy ich problemy? Chyba nie…i ktoś powinien się tym zająć, ktoś powinien o tym mówić. Ja to robię i będę to robiła. Podejmiecie się tego razem ze mną?

czwartek, 10 listopada 2016

Życie na dole

Depresja nie jest tematem łatwym. Nie jest też tematem popularnym, bo z jednej strony mamy osoby na nią cierpiące i zmagające się z tą choroba. Z drugiej mamy całe rzesze osób twierdzące, że są w depresji, gdy tak naprawdę doskwiera im brak wiedzy.


Przede wszystkim trzeba odróżnić depresję od zwykłego smutku czy chwilowego załamania nerwowego. Od depresji smutek odróżnia:

  • Krótkotrwałość
  • Możliwość pocieszenia
  • Brak myśli rezygnacyjnych/samobójczych
  • Jasny i wyraźny powód spadku nastroju
  • Możliwość normalnego funkcjonowania
  • Brak zaniżenia samooceny i możliwość realistycznej oceny sytuacji.


Osoba cierpiąca na depresję nie ma tak łatwo. Nie wie skąd przychodzą doły i są one głębsze, przejmujące i często sprawiające wręcz fizyczny ból. O depresji napisano całe tomy fachowej literatury, więc jak jesteście tym zaciekawieni to wujek Google Wam pomoże.

Ja chciałam o czymś innym.

Depresja nie jest choroba łatwą w diagnozowaniu, bardzo trudną w leczeniu i praktycznie nigdy nie mijającą. Można przytłumić jej objawy, można przy pomocy leków postawić człowieka do poziomu używalności czy przy pomocy psychoterapii nauczyć żyć z depresją. Jednak depresji nie da się wyleczyć. Tego co powoduje depresja w mózgu nie da się łatwo cofnąć. Prowadzone są badania polegające na elektrostymulacji mózgu w celu przywrócenia prawidłowego przewodnictwa odpowiedzialnego za zaburzenia depresyjne, ale to pieśń przyszłości.

Tymczasem miliony ludzi żyje z depresją. Musi ją ukrywać, tłumić, pokazywać uśmiechniętą twarz. Bo nikt nie traktuje depresji poważnie. Poza specjalistami – psychiatrami, psychologami – reszta bagatelizuje temat. Nie wiedzą i nie chcą przyjąć do wiadomości, że to poważna sprawa. Że depresja niszczy od środka. Nie tylko chorych, ale także ich bliskich, rodziny, znajomych. To cichy zabójca.
Pracodawcy raczej się nie przyznajemy, że jesteśmy pod opieką psychiatry, bo to może być strzał w kolano. Ze znajomymi tez raczej o tym nie gadamy. Bo po co? I tak nikt nie zrozumie, większość zbagatelizuje, a parę osób wygłosi komentarze w stylu „jak byś pracowała po 18 godzin dziennie, to byś nie miała czasu na depresję”. To nie tylko głupie, ale wręcz obraźliwe. Zwłaszcza dla osób, które cierpią na depresję, jako wyniku wypalenia zawodowego. Wiec czasem się zastanówcie zanim palniecie taką głupotę.


Życie z depresją nie jest łatwe, zwłaszcza ze względu na społeczną ignorancję. Ludzie nie wiedzą. A tego czego nie wiedzą to się boją. I nie pogadasz, nie wytłumaczysz, nie dostaniesz pomocnej dłoni.
Większość stosowanych leków w leczeniu depresji zwyczajnie ogłupia. Upośledza zdolności intelektualne i fizyczne. Dobranie prawidłowych leków może trwać nawet kilka lat, a i tak nie ma gwarancji, że będą działały długo.

Szpitale pomagają o tyle, że wyprowadzą z największego dołka i przypilnują (o skuteczności nie gadam) żeby się człowiek nie zabił. Jak tylko jest ciut lepiej – won do domu. Potrzebują miejsc dla pijaków i ćpunów.

Smutne jest to, że w znakomitej większości przypadków osoba z zaburzeniami depresyjnymi jest pozostawiona sama sobie. I musi oszukiwać ludzi dookoła, żeby chociaż próbować normalnie żyć. A to, często, jest niemożliwe. Bo smutek i przygnębienie spowodowane depresją, po prostu boli fizycznie. Człowiek nie może wstać z łóżka, umyć się czy zjeść. To co się dzieje w głowie osoby chorej jest nie do przekazania w żadnej formie. Po prostu nie da się tego ani opisać, ani opowiedzieć.

Dlatego uważam, że z jednej strony, trzeba podchodzić bardzo ostrożnie do osób, które deklarują depresję. Bo może przez takie deklaracje wołają o pomoc, szukają wsparcia. Z drugiej natomiast, jeśli ktoś wykorzystuje depresje jako uzasadnienie dla swojego lenistwa, manipuluje swoim otoczeniem wykorzystuje tę chorobę, to szkodzi wszystkim naprawdę chorym. I to dzięki takim osobom, ciężko jest znaleźć dobrego specjalistę. Lekarz który po wysłuchaniu setnej osoby z takimi samymi, wyczytanym z Wikipedii, objawami, nawet nie słucha już co mówi rzeczywiście chora osoba, tylko wypisuje Xanax, daje zwolnienie i wygania z gabinetu. To chleb powszedni. Pomijając już, że sam fakt bycia pod opieką psychiatry to w Polsce stygmat. Traktują człowieka jak trędowatego. Co nie pomaga…

Życie z depresją jest ciężkie. To codzienna walka o wyłuskanie z samego siebie odrobiny chęci do tego, żeby przeżyć kolejną godzinę, do obiadu, do wieczora. I człowiek zostawiony samemu sobie w takich okolicznościach, często tej drobinki nie znajduje. Nie ma po co, nie ma dla kogo. I kończy się to tragicznie dla bliskich, dla rodziny. Bo dla chorego, to często jedyne wyjście. Jedyne rozwiązanie uwalniające go od bólu i ciągłego rozpychania się łokciami przez życie, które nie ma nic do zaoferowania. Życie na siłę, gdzie nic nie cieszy, nic nie sprawia radości, nic nie motywuje, a na twarzy musi być przyklejony uśmiech numer siedem z katalogu numer pięć.



Patrzcie uważnie dookoła siebie i w siebie. Może właśnie ktoś do Was woła o pomoc, ale tego nie słyszycie, bo nie wiecie, ze trzeba słuchać. Samotność to bliska kuzynka depresji. Śmierć to jej córka…

poniedziałek, 7 listopada 2016

Zaburzone życie odc.1 – F10.5

Oprócz tatuaży, bardzo interesują mnie zaburzenia psychiczne. Zwłaszcza gdy dotyczą dużej liczby osób, ale nie są leczone. Z przyczyn braku wiedzy lub ze zwykłej głupoty.


Chciałabym w tej serii poruszyć kilka wrażliwych strun, a być może obudzić kogoś z letargu. Może przeczytacie tutaj o zachowaniach swoich bliskich i okaże się, że można im pomóc? Nie wiem. Wiem, że czuję potrzebę zainteresowania ludzi ta problematyką, bo wbrew pozorom, każdy jakieś zaburzenie ma. A zaburzeniami można żyć. Tylko czasem trzeba je znać i wiedzieć jak sobie z nimi radzić.

Na pierwszy rzut biorę zaburzenie psychotyczne, które nosi potoczną nazwę Zespołu Otella. I jak się przekonacie – jest ono w dużej liczbie obecne w naszych życiach…tylko o tym nie wiemy, albo to ignorujemy.


Co to jest?


Zespól Otella bierze swoją nazwę od mitycznego Otella, który bezpodstawnie oskarża swoją żonę, Desdemonę o zdradę. Doprowadzony urojonymi podejrzeniami do granic, zabija ją i popełnia samobójstwo.

Obłęd zazdrości (w klasyfikacji ICD-10 oznaczony jako F10.5) to zaburzenie należące do psychoz urojeniowych, często powodowanych nadużywaniem alkoholu, ale nie tylko. Zaklasyfikowane jako psychoza alkoholowa, pojawia się jednak nie tylko w wyniku picia.

Zaburzenie to objawia się chorobliwą zazdrością, prowadząca do urojeń o niewierności partnera lub małżonka. Przeważnie, każdy znajomy partnera/partnerki to „kochanek”, a „dowodami” na to są najbardziej absurdalne rzeczy. Osoba z tym zaburzeniem może posuwać się do śledzenia swojego partnera, sprawdzania bielizny, telefonu czy nawet uwięzienia. Obłęd może sięgać nawet poziomu, gdy wszyscy dookoła zdają się spiskować, żeby ukryć zdradę partnera. Nie skutkują żadne argumenty, a każde wytłumaczenie wzmacnia tylko podejrzenia i psychozę. Często osoba zaburzona domaga się przyznania do zdrady i obiecuje że prześladowania ustąpią, ale przeważnie prowadzi to do eskalacji, włączając uszkodzenia ciała lub śmierć. Zagrożeni są nie tylko partnerzy, ale także domniemani kochankowie i współspiskowcy „zdradzającego/zdradzającej”.

Co można zrobić?


Jeżeli odkryjemy w sobie lub osobie bliskiej symptomy Zespół Otella, to należy jak najszybciej postarać się o pomoc specjalisty. Pewną pomocą na pewno będzie psychiatra i środki antypsychotyczne. Jednak nie dają one zadowalających rezultatów. Dlatego musi to być uzupełnione psychoterapią oraz izolacją od najbliższych objętych obłędem.

Chorobliwa zazdrość może prowadzić osobę zaburzona do stanów depresyjnych, prowadzących do samobójstwa. Jako, że zaburzenie wiąże się z ryzykiem uszkodzenia kogoś lub samego siebie, należy bacznie taką osobę obserwować i w przypadku eskalacji – nie zwlekać z wołaniem o pomoc.

Często zaburzeniami towarzyszącym są dysfunkcje seksualne, zaburzenia dwubiegunowe, schizofrenia czy zaburzenie urojeniowe. Dlatego nie można lekceważyć żadnych symptomów. Im wcześniej rozpoznamy i zajmiemy się problemem, tym większe szanse na poradzenie sobie z nim lub większa szansa na wyjście z takiego związku. Bo zaburzenie to może trwać do końca życia. Ofiar lub osoby zaburzonej.

Dlatego bardzo ważna jest świadomość zagrożenia, wiedza o nim. Nie możemy ignorować takich przypadków. Ci ludzie w większości nie wiedza, że są chorzy, nie dopuszczają do siebie takich myśli. Dla nich to normalne zachowanie, uzasadnione i nie potrzebują pomocy. Aż do momentu gdy jest za późno.



Dajcie znać o czym mam napisać w kolejnym wpisie! Jakie zaburzenie opisać, zbadać, prześledzić. Czekam na Wasze sugestie!