Pokazywanie postów oznaczonych etykietą #internet. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą #internet. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 grudnia 2016

Znaj swojego trolla

Czytam o gwiazdkach z Instagrama, FB i innych portali. Często piszą o nich inne strony. I pod takimi „artykułami” pojawiają się, oczywiście hejterzy i trolle. To naturalne i jest codziennością Internetu. Reakcje krytykowanych osób są jednak co najmniej śmieszne, jeśli nie tragiczne w skutkach.


Bo trzeba jednak trochę uruchomić myślenie, gdy się czyta i reaguje na to, co się dzieje w sieci wokół naszej osoby. Przede wszystkim musimy rozróżnić trzy typy komentujących w negatywny sposób.


  • Hejterzy – to zwykli zazdrośnicy, przeważnie osobiście atakują bo zazdroszczą. Wszystkiego. Urody, sławy. I to wyraźnie widać w emocjonalnym ładunku komentarza. Bo hejter z namaszczeniem epatuje swoją nienawiścią i chce ja pokazać. Bluzga, wścieka się. Jest banalny i czepia się detali. Metoda – hejtera można ugłaskać, można się z nim ułożyć schodząc do niego i podając rękę. Tylko czy warto?
  • Troll – to typ szczególny. Troll nie jest emocjonalnie związany z treścią, którą wrzuca. On chce wymusić emocjonalna reakcję, bo się tym karmi. Robi to dla jaj albo żeby wnerwić adresata. Jego ataki są często absurdalne i niezwiązane z tematem artykułu. Jedzie po bandzie i bez reguł. Metoda – ignorować za wszelką cenę. Nie gadać, nie reagować.
  • Krytycy – to osoby, które zwracają uwagę na nieścisłości w postawach, krytykują zastosowanie trików, filtrów i innych metod, które według nich nie pomagają. Takie osoby odnoszą się raczej do tego co widzą, niż do tego co sądzą, że ma miejsce. Metoda – krytyka jest potrzebna, więc warto wejść w dialog. Bez emocji, poprosić o poradę, postawić ich w roli arbitrów. Poczują się lepiej i zdobywamy punkty. A może i dobrego doradcę, który nam po prostu w pewnych kwestiach pomoże.


Tymczasem na IG sytuacja wygląda tak, że większość sezonowych celebrytek, wszystkich negatywnie oceniających, wrzucają do jednego worka i same zamieniają się w hejterów. To powoduje, że z jednej strony, pozornie zabezpieczają się przed trollowaniem i hejtem, ale z drugiej, nie dopuszczają konstruktywnej krytyki. I zaczynają się kotłować we własnym samozadowoleniu bez perspektyw na rozwój. Bo krytyka pcha nas do poprawy, do ulepszania samych siebie. Ignorowanie krytyki powoduje stagnację, a z czasem cofanie się. Bo dziś albo idziemy do przodu, albo zaczynamy przypominać relikty zamierzchłych czasów. I to bardzo szybko. Ponadto, wsłuchiwanie się w konstruktywną krytykę jest potrzebne. Bo to jest głos fanów, oglądaczy, widowni. A robimy coś dla nich właśnie. Dziś, jeśli korzystamy z mediów, które stawiają na interakcję, ale z tego nie korzystamy, to tak jakbyśmy kręcili film cyfrową kamerą, ale ustawiali obraz na czarno-biały i wyciszali dźwięk.



To nie jest łatwe zadanie, bo trzeba poświęcić sporo czasu i energii, żeby odsiać ziarno od plew i nauczyć się rozróżniać i właściwie reagować na krytykę. Ale jeśli chcemy coś osiągnąć w nowej, interaktywnej rzeczywistości, to nie mamy wyboru. Lekceważenie widowni, olewanie krytyki i trwanie w sferze komfortu jest destrukcyjne i odpychające. Dla wszystkich.

czwartek, 8 grudnia 2016

Szympansy komercji


Nic bardziej mnie nie drażni. Nic nie doprowadza mnie do większej pasji, niż kłamstwa. Im bardziej publiczne, tym gorzej. I tym większy nerw. Bo kłamstwa, o których chcę Wam powiedzieć, powodują stopniowe, systematyczne psucie całego środowiska i medium. Aż się rzygać chce.


Chodzi o te psiunie na Instagramie, co to mają po kilkanaście albo kilkaset tysięcy obserwujących i kłamią w żywe oczy. O wszystkim i na każdy temat. Zwłaszcza, jeśli chodzi o ich działalność na IG.

Punkt pierwszy – chcecie mi drogie gwiazdeczki powiedzieć, że firmy sprzedające ciuchy, nieposiadające nawet swojej strony internetowej, rozdają tygodniowo ciuchy za kilkaset złotych osobom, które mają ich rozreklamować na Instagramie? Wolne żarty. Wchodzę na fanpage – 200-300 polubień. Szukam strony internetowej – nie ma. Piszę – gdzie można kupić – tutaj, na FB. Nie stać ich nawet na wystawienie oferty na Allegro, a rozdają ciuchy laskom na IG? Może jestem wścibska, ale po prostu nie wierzę. Więc przestańcie ściemniać, że jesteście takimi celebrytkami, że Wam drzwiami i oknami paczki wrzucają z giftami. B-Z-D-U-R-A.

Punkt drugi – może nie jestem tuzem i internetowym ninja, ale wiem ile płacą firmy za reklamę w sieci. Półtorej do dwóch procent od sprzedaży; 5 – 7 groszy za unikalnego użytkownika; przy kredytach – trochę więcej za potwierdzonego leada. I jeśli zbieracie pod zdjęciem 300 – 400 serduszek na IG, a ciuch kosztuje pięć-sześć stówek, to, jaką konwersję oferujecie? Wasze „kampanie” nie trzymają się niczego. Ani budżetu, ani nie spełniają nawet ułamka celu, które rozsądne firmy muszą zakładać planując kampanię i ją rozliczając. No chyba, że są debilami, co nie szacują wydatków promocyjnych w budżecie. Ale może jestem głupia i nie wiem, o co chodzi…

Punkt trzeci – no dobra. Przyjmijmy, że rzeczywiście te firmy mają gest i stawiają wyłącznie na promocję gwiazdeczek sezonu na IG. Jakoś dziwnym trafem, jak coś jest modne i na fali, to raptem wszystkie „dostają” ciuchy do reklamowania. Pięć, dziesięć osób nagle, w ciągu kilku dni, reklamuje te same ciuchy z tego samego sklepu. Nie mówimy, zatem o kilkuset złotych, ale o kilku tysiącach. Serio, za kilka klocków w sieci można wykupić taką reklamę, ze unikalne wejścia liczylibyśmy w tysiącach, dziesiątkach tysięcy i konwersja (no dobra – przełożenie ekspozycji na sprzedaż - ilu unikalnych użytkowników dokonuje zakupów, na przykład, taki może być cel konwersji) to liczba dwucyfrowa. Wiec logika podpowiada, że forma reklamy na IG, w naszym kraju, w obecnej atmosferze, nie jest JESZCZE opłacalna w tak dużym stopniu. Bardziej się opłaca wejść w program afiliacyjny czy Adwordsy Googla.

Punkt czwarty - dostajecie też sporo prawdziwych SZMAT. Serio. Nie róbcie z byle-jakich ciuchów za 20-30 złotych, nie wiadomo jakich kreacji. Czy naprawdę musicie? Czy macie podpisane umowy i zobowiązania? Bo jak widzę ścierki do podłogi (słabe swoją drogą), które są prezentowane jakby były z kolekcji haute-couture, to mnie trzęsie. I wchodzę do sklepu, oglądam, czytam metki i widzę - syf, śmieci i mały domieszek gówna. Nie prać w ręku bo się rozleci. Okłamujecie ludzi i nakręcacie na chwilę sprzedaż. Potem lecą hejty na sprzedawcę i tracicie wiarygodność. Warto? Czy naprawdę to się opłaca? Ale ja rozumiem, ze wady produktu trzeba umieć przekazać tak, żeby nie zepsuć przekazu...ale do tego trzeba użyć mózgu. Nie wystarczy komórka i szablon - "Przyszła paczuszka, jakie super, cudowne i piękne. Tu wstaw nazwę sklepu/firmy".

Punkt piąty(i ostatni) – robicie te bzdurne rzeczy i pokazujecie potencjalnym reklamodawcom, że nie trzeba wydawać pieniędzy na reklamę, ale wchodząc w IG można na tym jeszcze zarobić. I to powodują wasze kłamstwa i przemilczenia. Co jest tak strasznego w przyznaniu się do tego, że kupiło się jakiś ciuch czy kosmetyk, że trzeba zepsuć całe medium w tym zakresie?

Nie piszę tego z zawiści, czy zazdrości. Wnerwia mnie to, że przez takie akcje, osoby, które rzeczywiście mogą przynieść firmie dochód i niedroga promocję, tracą taka szansę. A często to ich źródło utrzymania. Coraz częściej. I te sponsorowane przez facetów pindy psują ten rynek.

Jeśli masz firmę czy sklep internetowy i rozważasz taką formę reklamy, mam dobrą radę – jeśli nawiązujesz współpracę z dziewczynami z IG, to podawajcie to do publicznej wiadomości. Transakcja wiąże wtedy bardziej i ucinacie tę szarą strefę, która nie tylko psuje Wasze plany i cele, ale także może zniekształcać wizerunek i hamować sprzedaż. Bo jak sto dziewczyn napisze, ze dostały ciuchy za free, to inne też na to będą liczyły i nie kupią nic. A chyba nie o to Wam chodzi…

niedziela, 27 listopada 2016

Tatuaż w pracy

Poruszaliśmy już ten temat, ale trzeba do niego wracać. Rozbijać na detale i rozważać opcje. Bo nie jest to błahostka i zaczyna dotyczyć coraz większej ilości ludzi. Chodzi oczywiście o kwestie tatuażu w miejscu pracy.  O tym jak ciężko jest dostać pracę z tatuażem jeszcze pogadamy.

Wszystko, tak naprawdę opiera się na tym, czy pracujecie z klientem, czy nie. I od branży. Ale po kolei.


Praca z Klientem


Jeśli wasza praca polega na bezpośrednim kontakcie z klientem, to możecie się borykać z pewnym problemem. I to nawet nie koniecznie ze strony Klientów. Największym problemem mogą być sami pracodawcy. Wynika to z tego, ze nikt nie robi chyba badań na temat tolerancji grup docelowych względem tatuaży. Bo, po co. Lepiej założyć, że Klient nie toleruje i nie wystawiać osoby z wzorkami na pierwszą linię. I mamy do czynienia z miękką dyskryminacją. Bo zapewne większości Klientów tatuaże, jeśli są ładne, profesjonalnie wykonane i nie wulgarne, nie przeszkadzają. Pracodawca robi pewne założenie oparte na niczym i po prostu albo nie da pracy, albo zamknie takiego delikwenta na zapleczu, do układania pudełek czy towaru. Z dala od Klienta.

Widać pewną zmianę w sklepach z odzieżą w dużych miastach. Dopuszcza się do pracy ludzi wytatuowanych, nawet w widocznych miejscach. Ale to nadal margines i firmy celujące w modę dla młodego pokolenia. Nie widziałam wytatuowanych sprzedawców czy sprzedawczyń w sklepach o szerszym spektrum Klienta, takich jak Zara czy sklepy z eleganckim obuwiem.

Przestaje to tez być problemem w sklepach spożywczych. W biedronce czy innych dyskontach, widzimy na kasach ludzi z tatuażami w widocznych miejscach i nikt nie ma z tym problemu.
Jednak nadal mamy do czynienia raczej z wyjątkami w regule, niż z regułą. Nadal osoba wytatuowana będzie miała problem w takich miejscach znaleźć pracę czy się utrzymać. Zwłaszcza, gdy ciasne głowy pracodawców nie kumają, że dopóki nie zdobędą wiedzy o preferencjach w tej sprawie od klientów, to zakładanie czegokolwiek jest krzywdą nie tylko dla pracowników, którzy wybrali taki, a nie inny sposób wyrażania siebie.

Praca w Biurze


Jeśli pracujesz bez kontaktu z klientem, sytuację masz troszkę lepsza, ale daleką od ideału. Bez kontaktu z klientem, jeden z kontrowersyjnych punktów spornych znika. Jednak przeważnie od pracownika w biurze wymaga się nieco innego zestawu umiejętności i można powiedzieć, ze aparycja do nic nie należy. Jednak często spotyka się przypadki, gdy pracownik backoffice także ma problemy w związku z posiadaniem tatuaży. Głównie z powodu kretyńskich uprzedzeń jego współpracowników lub stereotypów praktykowanych przez przełożonych. Obecność tatuażu może też oznaczać większa presję na popełnienie błędu, w celu potwierdzenia stereotypu. Takiemu pracowników jest nieco trudniej udowodnić swoją wagę dla firmy, ustabilizować obowiązki czy uzyskać awans.

Sytuacja nie jest dramatyczna, ale jest daleka od ideału. Ideału, w którym tatuaże nie mają żadnego wpływu na postrzeganie pracownika.

Wzorki mogą też w umiarkowany sposób pomagać. Bo pracownik jest wyrazisty i gdy rzeczywiście sięgnie jakiś sukces – jest łatwiej zapamiętywany. To jednak także raczej ewenementy niż zasada.


Praca fizyczna


Tutaj chyba najmniej zwraca się uwagę na tatuaże. Bo nie ma to znaczenia na budowie, w remontówce czy przy innych zajęciach skoncentrowanych na fizycznym wykonywaniu obowiązków. Czy trzeba pisać coś więcej o tym segmencie rynku pracy? Chyba nie. Nikt nie zwraca uwagi, ze murarz czy spawacz ma tatuaże. Po prostu.


W tym wszystkim najbardziej brakuje jednego – rzetelnej obserwacji zjawiska. Badań, analiz i pochylenia się nad problemem, jaki się niewątpliwie pojawia. Z własnego doświadczenia wiem, że kilka dużych firm podpisało, tak zwaną „kartę różnorodności”, w której zobowiązują się do niedyskryminowania nikogo bez względu na to, jakie ma poglądy, w jakiś sposób się wyraża, jakie ma preferencje polityczne czy seksualne. I te firmy nie mają problemu z tatuażami w pracy, przynajmniej w założeniu. Bo na poziomie ludzkim, często to nie wygląda tak kolorowo…


Postaram się niebawem napisać parę słów o tym jak to wygląda zanim w ogóle znajdziemy pracę. Bo zaczynam od dupy strony, ale co tam, to mój blog J

niedziela, 20 listopada 2016

Tatuaż – zakryj to!

Zapewne wielu z Was, noszących tatuaże, kiedyś spotkało się z sytuacją, że wzorek na Waszym ramieniu, nodze czy plecach, przestał Wam się podobać. Czasem nie możecie nawet na niego patrzeć. I ani makijaż, ani ubranie nie zmieni faktu, ze on tam jest. Co w takiej sytuacji? Jaki mamy opcje? JA znam przynajmniej dwie i postaram się Wam napisać, co o nich sądzę. Bez skrupułów i owijania w bawełnę.

Laser


Można pójść wybawić tatuaż laserowo. Pewnie, że można. Kosztuje do od cholery. Z tego, co udało mi się znaleźć, to pojedyncza sesja z kolorowym tatuażem o wymiarach 5 na 5 centymetrów to koszt około 200 – 250 złotych. Sesji może być wymaganych kilka, co najmniej. Wszystko zależy od tego jak głęboko tatuaż jest wbity, jak duży jest i jaka jest nasza wytrzymałość na ból. Po laserowym wybawianiu zostaje biała blizna, ślad po działaniu lasera.

Jak to działa? Otóż laser w bardzo krótkich odstępach czasu bombarduje nasza skórę, rozbijając barwnik na drobne cząsteczki, które są następnie absorbowane przez organizm. Musi robić to bardzo szybkimi impulsami, bo inaczej nasza skóra by się zagotowała. Serio. Kliniki oferujące taki zabiegi, reklamują je, jako bezinwazyjne, bezpieczne i bezbolesne. I pewnie w większości tak jest. Natomiast nie trudno trafić na słaby sprzęt czy mało fachowa obsługę, bo usługa w Polsce jest stosunkowo nowa. I każdy, kto kiedyś miał do czynienia z laserem wie, że to nie jest do końca bezbolesne.

Wrócę jeszcze do ceny, bo to jest tutaj najważniejsze. Przeważnie dla pełnego usunięcia tatuażu, wymagane są 4 do 6 zabiegów. Czasem więcej, jeśli tatuaż jest kolorowy lub dość duży. Większość klinik indywidualnie wycenia zabiegi, ale jeśli się już zdecydujecie, to na 100% nie zejdziecie w kosztach poniżej tysiąca złotych. Często będzie to Was kosztowało nawet kilka tysięcy. I zawsze pozostaje ślad. Biała plama. Bo laser mnie tylko działa na barwnik tatuażu, ale na całe komórki skóry – wiec nie ma opcji, żeby nie było po tym śladu. I co zrobić z takim śladem? Najlepiej zakryć tatuażem…no właśnie

Cover


Tylko, po co wydawać kilka tysięcy złotych na usuniecie czegoś, skoro technika powoduje, ze zostaje po tym blizna, znamię, które wypada zakryć? Może warto, więc pomyśleć od razu o zakryciu starego, niechcianego tatuażu, nowym wzorem? Na pewno wyjdzie taniej. Przeważnie zamykamy temat w jednej, dwóch sesjach. I zamiast wstydliwej plamy, mamy nowy tatuaż. Musicie tylko pamiętać o kilku rzeczach, jak już zdecydujecie się na cover.

Tatuaż, którym chcecie przykryć stary wzorek musi być większy. Jeżeli chcecie kompletnie przykryć stary wzór, to musicie brać to pod uwagę. Tatuażyk spod łopatki wielkości monety, może stać się wzorem na cała łopatkę. I nie żałujcie sobie. Jeśli znajdziecie naprawdę fajny wzorek, lub zaprojektujecie coś fantastycznego – do dzieła. Przykrywajcie stare dłubaninki.

Tatuaż, którym chcecie przykryć tary wzorek, przeważnie musi być nieco ciemniejszy. Nie liczcie, że przykryjecie czarna plamę żółtym kleksem, bo gdzieś to zawsze przebije, będzie „prześwitywać”. 

Więc nie dziwcie się, jeśli tatuator przy planowaniu covera nieco zmieni barwy, przyciemni wzór lub zaproponuje zastosowanie innej gamy kolorystycznej. To naturalne, bo tatuażyści wiedzą, jak poszczególne pigmenty ze sobą grają, jak się nakładają i jaki efekt dają. Więc nie marudzimy jak zamiast fioletu, wejdzie granat. Pamiętajcie - to Was tatuator ratuje, nie wy jego J


Jako osoba wytatuowana, nie jestem zwolenniczką usuwania tatuaży, jakąkolwiek metodą. Bo pewnie metod jest jeszcze kilka, z przeszczepem skory włącznie. Wolę jednak zrobić cover, nawet, jeśli miałoby to oznaczać wbijanie czerni na blachę. Nie wiecie, co to znaczy „na blachę”? To ostateczna forma covera. Wszystko na czarno. Chociaż ja zawsze myślę, że jak dojdzie do tego, to poproszę tatuażystę, żeby zasymulował w takim coverze nocne niebo. Niech zostawi trochę prześwitów w kształtach gwiazd. Przynajmniej niech udaje to kolejny tatuaż J


W weekend troszkę odpoczywałam i chorowałam, wiec będziemy teraz nadrabiać, bo tematów i pomysłów mam trochę. Więc obserwujcie spokojnie moje profile społecznościowe – FB, Twittera, Instagrama. I dodawajcie mnie na Snapie: anjatattoo. Tam też się produkuje i wygłupiam. Codziennie coś J

czwartek, 17 listopada 2016

Kłamstewka Instagrama

Wracam jak bumerang do Instagrama. Bo jest kilka rzeczy, które mnie irytują w tym „półświatku”. I jeśli kogoś urażę, nadepnę komuś na odcisk, to tylko, dlatego, że robicie jedną z tych rzeczy. Jeśli nie łapiecie się i jesteście fair – to nie o Was J


Followersi


Największym grzechem jest kupowanie followersów. Bo to oznacza, że wiesz, jak mierną osobowością jesteś i musisz sobie sztucznie podbić cyferki, żeby się dobrze poczuć, albo zacząć zarabiać na IG. To jest zwykłe kupowanie sobie reklamy – powiedzą inni. Ok, jeśli wiesz, że reklamodawca, na którym Ci zależy, nie wejdzie deal, dopóki nie osiągniesz określonej liczby obserwujących i stawia taki warunek – kupuj. To jest ten poziom, na którym może to zostać wybaczone. Jeśli natomiast startujesz i pierwszym krokiem jest zapłacenie, za nabicie kilku lub kilkudziesięciu tysięcy polubień, to po prostu kupujesz sobie armię zombie, którzy nie widzieli twojego profilu, nie znają Cię i nie są wiarygodną grupą docelową. Pamiętajcie, że jak chcecie coś osiągnąć na bazie swoich obserwujących, to muszą oni być realnymi ludźmi, którzy kupują Ciebie, dlatego że chcą, nie, dlatego, że ktoś ich wrzucił do bazy. Serio. Lepiej mieć kilka tysięcy aktywnych i partycypujących obserwujących niż kilkadziesiąt tysięcy kupionych zombie, co nawet nie kumają, kogo lubią.

Szmaty


Wiem, że na IG są dziesiątki, jeśli nie więcej, dziewczyn, które dostają ubrania do reklamowania od producentów, ze sklepów internetowych itd. Widzę jednak też mnóstwo dziewczyn, które kupują ciuchy i udają, że je dostają za darmo przez IG. I to ma dwa negatywne cechy.

Po pierwsze – po prostu kłamiecie, a kłamstwo ma krótkie nogi. Bo jeśli kupiliście ciuch nieznanego jeszcze projektanta, albo mało znanej marki i pozujecie na ich „gwiazdę” i kłamiecie, że dostaliście ciuchy za free, to jest kilka sposobów na sprawdzenie tego. Poza tym, taka firma prędzej czy później wejdzie w jakiś deal, gdy rozpozna potencjał IG i wtedy może się okazać, że wybierze kogoś na wyłączność i ogłosi to u siebie…wpadka. Ups! Dlatego jak coś kupujecie, to nie kłamcie, że dostaliście od producenta czy dystrybutora. Możecie powiedzieć że macie, że się podoba, że jest super. Kłamstwo wyjdzie i stracicie na wiarygodności. Nie mówiąc już o nadszarpnięciu wizerunku u potencjalnych reklamodawców.

Po drugie – tworzycie mit, że wszyscy tak mogą. Z całym szacunkiem – nie wszyscy. Pani Jola z warzywniaka, która wrzuca dużo zdjęć i ma dużo obserwujących, raczej nie stanie się twarzą znanej marki, która adresuje swoją grupę docelową w użytkowników Instagrama. Musicie mieć „to coś”. Urodę, charakter, pazur, osobowość – bycie zwykłym, bycie setną kopią tego, co już na IG jest, nie daje żadnych gwarancji sukcesu czy zarobku.

Więc ostrożnie z pozowaniem na celebrytkę, bo robicie krzywdę sobie, ale też innym.

Biznes


Nie każde twoje spotkanie, które wrzucasz na IG w formie filmików, to spotkanie „biznesowe”. Nie każdy twój post to „reklama”. Nie każda Twoja wypowiedź, to „marketing”.  Kłamstwa, kłamstwa, kłamstwa. Daleko nie zajedziecie, gdy opowiadacie, jak to się spotkaliście w interesach w centrum handlowym, a na filmiku widać, że w szkolnej teczce macie swoje CV. Nie wiem, co chcecie zyskać budując wokół siebie enigmę „biznesu” i wielkich interesów, ale to zwyczajnie wystaje Wam z butów za każdym razem. Dlaczego jak idę do kibelka to nie powiem, że muszę na chwilę wyjść, tylko muszę ściemniać, że idę w celach kosmetyczno-estetycznych do profesjonalnego gabinetu (czytaj – wysrać się do kibla). Nie musicie nazywać spotkania o pracę, spotkaniem biznesowym. Robicie sobie sami tym krzywdę. Bo dziś pracodawcy i reklamodawcy patrzą uważnie na media społecznościowe. I jak idziesz na spotkanie biznesowe, to masz pracę lub prowadzisz własny interes. I trafiasz do takiego pracodawcy i on pyta – a co z tym interesem, co go miałaś i się chwaliłaś na IG? Co dopowiesz? Bo nie ma dobrego wyjścia z takiego impasu. Po prostu kłamałaś i teraz to wyjdzie.

Więc jeśli nie chcecie nazywać wprost, obrazowo i bezpośrednio tego, co robicie, to starajcie się przynajmniej nie budować wokół tego aury czegoś więcej niż to jest. Pamiętajcie, że Waszym kapitałem są Wasi obserwujący, jak ich okłamiecie, to stracicie ten kapitał, jego aktywność, szacunek i wszystko, co jest cenione w dużej publiczności.

Kopiści


Już o tym pisałam. Jeśli korzystacie z pomysłu kogoś innego, mówicie coś, co ktoś już napisał, lub powiedział, to przynajmniej miejcie cywilną odwagę powiedzieć o tym, że się inspirujecie, odpowiadacie. Pomagacie wszystkim zainteresowanym. Jak ordynarnie zrzynacie coś od kogoś, lub czytacie jego teksty i nie wspominacie o nim samym, to świadczy o Was bardzo źle, a jak pisałam tutaj wcześniej – kłamstwa i tego typu akcje szybko wychodzą i są łatwe do sprawdzenia.

Edytor


I na koniec – drogie panie. Jeżeli prowadzicie profile prywatne i na nich chcecie prowadzić rozszerzoną działalność (reklamowanie ciuchów, kosmetyków), to nie przesadzajcie z filtrami, photoshopem czy innymi narzędziami do poprawiania. Traci na tym wasza autentyczność. I naprawdę, żyjemy w czasach, gdy poprawienie sobie nosa, ust czy policzków przy pomocy medycyny estetycznej spotyka się z krytyką od ludzi, którzy siedzą jednymi półdupkami ze sto lat za całym światem. Wiec nie ma potrzeby kłamać, że się nic nie robiło, jak wystarczy przejść na Wasze zdjęcia sprzed roku, dwóch żeby zobaczyć, że taka zmiana bez ingerencji medycznej jest anatomicznie niemożliwa. Drogie panie – robimy to żeby wyglądać lepiej, czuć się lepiej same ze sobą i wzbudzać zachwyt u widzów. Dlaczego mając takie motywacje je ukrywamy? Przecież to bez sensu. Jak atakuje Was taki niekarmiony troll z tekstem – „sztuczna jesteś, więcej sobie tego wstrzyknij, to będziesz miała usta jak dupa pawiana” to nie zaprzeczajcie, jeśli to robicie. Bo jego nakręcacie i zaraz Wam wklei zdjęcie sprzed zabiegu i posypie się fala hejtu. Zwłaszcza, że jeśli to robicie, to też dla tych ludzi, którzy chcą was oglądać. Nie tylko dla siebie. I otwartość w temacie pomaga. Kłamstwa, po raz setny – wyjdą tak czy inaczej i tutaj nie ma szansy na wygraną. Żadnej.


Więc, jeśli startujesz na IG i masz jakieś plany, to nie patrz na inne „gwiazdy”. Spójrz na siebie, oceń, co masz do zaoferowania, co możesz dać innym. Jak to będzie szczere i autentyczne, to gdzieś z tym dojdziesz. Wolniej lub szybciej, ale naprawdę ludzie cenią bardziej autentyczność niż szablonowość, prawdę niż ściemę i oryginalność niż powielanie. Ale to Wasz wybór, każdy musi przetrzeć swoją drogę. Ja cenię to, o czym piszę i drażni mnie to, co wymieniam i piętnuje. Powtórzę – jeśli nie robisz tych rzeczy – nie mam problemu z Tobą. Nie atakuje też nikogo personalnie tylko mówię o zjawiskach, obserwacjach. Wiec jak czujesz się urażona – Twój problem. Ja śpię spokojnie, bo nie robię tych rzeczy. Z szacunku dla publiczności. J

wtorek, 15 listopada 2016

Depresja w natarciu

Wczoraj nic nie napisałam, bo umieram na grypę…koszmar. Jednak trafiłam na artykuł, który mnie poruszył i chcę się nim w wami podzielić. Pomógł mi w jego tłumaczeniu Jakub, więc tutaj chcę mu podziękować J

Artykuł pojawił się na stronie NBC News.

Chodzi o to, coraz więcej dzieci, młodzieży zapada na depresję. Nie są jednak na nią leczeni, bo po prostu antydepresanty nie działają, bo są przygotowywane dla dorosłych.

Badanie przeprowadzono na próbie 170 000 nastolatków i 180 000 młodzieży w wieku 18 do 25 lat.
W skali roku, odsetek osób zapadających na ciężkie epizody depresyjne wzrósł z 8,7% w 2005 do 11,3% wśród nastolatków i z 8,8% do 9,6% wśród dorosłej młodzieży. Niemal jeden na 11 młodych ludzi zapada na depresję. W przeważającej większość chodzi o białe dziewczyny.

Naukowcy zwracają uwagę, że wpływ na to może mieć zwłaszcza nękanie on-line. Dziewczyny używają bardziej intensywnie telefonów do pisania wiadomości i używania aplikacji społecznościowych. Powiązanie tych cech – intensywnego używania telefonów i zapadania w nastroje depresyjne zostało już jakiś czas temu udowodnione.

Jednocześnie młodzież nie zgłasza się do lekarzy mimo ciężkiej depresji. Z jednej strony jest to spowodowane lękiem przez antydepresantami, z drugiej – po prostu nikomu o tym nie mówią, w obawie przez atakami trolli i zwykłych idiotów.

To nie są błahe sprawy, bo nieleczona depresja jest wskazywana, jako jeden z głównych czynników wzrostu liczby samobójstw wśród młodzieży pomiędzy 15 a 19 rokiem życia. Samobójstwo jest druga przyczyną śmierci w tej grupie wiekowej.

Tyle sam artykuł.

I co z tego, powiecie. Przecież mnie to nie dotyczy i nasze nastolatki mają się dobrze. Pffff….

Tylko, że to nie do końca prawda. W momencie, gdy telefony i media społecznościowe stają się jedynym łącznikiem ze światem, jedynym spowiednikiem i publicznym pamiętnikiem, nie jest trudno paść ofiarą nękania, trollingu czy zwykłego chamstwa i buractwa. I jeśli medium, któremu ufamy staje się źródłem represji czy „pojazdu”, to tracimy sporą cześć naszego życia, tracimy zaufanie, tracimy wiarę w siebie i w to, ze jesteśmy w stanie w ogóle być w dzisiejszym świecie. A to może prowadzić wprost do depresji. A gdy jest się młodym, dojrzewającym fizycznie i psychicznie człowiekiem, może to zebrać dość ciężkie żniwo. Codziennie czytamy o samobójstwach w wyniku trollingu, czy nękania w sieci. I dotyczy to zwłaszcza nastolatków. Tylko nikt systemowo nie zajmuje się tematem, bo uważamy, że nasze nastolatki są bez emocji, to oni psują Internet, to oni są trollami i maja dobrą zabawę. Tylko, że znakomita część tych trolli, to ludzie dobrze po 25 roku życia, którzy mają już perturbacje dojrzewania za sobą. Młodzież mnie jest bardziej odporna, bo jest zanurzona w sieci od zawsze. To właśnie powoduje, że jest bardziej podatna. Bo Internet nie działa jak szczepionka, czy wirus, że jeśli mamy z tym kontakt, to nasze organizmy uczą się sobie z tym radzić. Nie. Radzić sobie z przemocą on-line trzeba się nauczyć, trzeba umieć odróżnić rzeczywistość od facebooka, użytkownika i znajomego od trolla, prawdę od sfabrykowanej treści. Tego nie uczy nikt, wszyscy lekceważą skutki tego braku edukacji i nikt nie ma recepty na depresję i samobójstwa wśród młodzieży. Bo rozwiązaniem nie jest blokada dostępu do sieci czy cenzura. Nastolatek zawsze znajdzie sposób żeby wrócić do swojego ukochanego świata, nawet, jeśli czasem dostaje od niego w dupę.


Trochę zamieniliśmy dualizm, ciało-duch, na dualizm offline-online i tego już nie cofniemy…dlatego musimy zadbać o to, żeby w przypadku poważnych zaburzeń depresyjnych czy samobójczych skłonności, pomagać młodym ludziom. Bo oni sami nie pójdą do lekarza, nie pochwalą się rodzicom czy kolegom. Będą się dusić w sobie i umierać od środka, z uśmiechem z katalogu na twarzach i masą emotikonek w SMSach i na Snapie. A mówimy o liczbie blisko 10% populacji. Czy stać nas na stratę dziesiątej części młodego pokolenia, tylko, dlatego, ze lekceważymy ich problemy? Chyba nie…i ktoś powinien się tym zająć, ktoś powinien o tym mówić. Ja to robię i będę to robiła. Podejmiecie się tego razem ze mną?

niedziela, 13 listopada 2016

Zrzyna na IG

Jak wiecie działam sobie na Instagramie, robię co chcę i jak czuję. Sporo się nabijam, pokazuję, że wyrazista osobowość też ma szansę na zaistnienie. Obserwuję też sporo ludzi na IG, Snapchacie i innych tego typu stronach i aplikacjach. I jest jedna rzecz, która strasznie mnie irytuje.

Osoby posiadające mnóstwo obserwujących, bez skrupułów kradną pomysły tych „mniejszych”. Nie chodzi tylko o sposób podania zdjęcia czy filmu. Czasem wręcz mówią dokładnie to samo co taka osoba powie lub napisze. Nie chcę oczywiście się skarżyć, bo daleka jestem od tego, żeby kogoś oskarżać o plagiat czy kradzież. Chodzi jedynie o to, że jeśli już korzystasz z czyjegoś pomysłu, tekstu czy formy jaką przyjął, to powiedzcie chociaż, że to nie wasze słowa. Wasza popularność na tym nie zbiednieje, a może okaże się początkiem fajnej współpracy czy przyjaźni. Nic na tym nie tracicie. Możecie tylko zyskać. Bo to uczciwe, bo pokazujecie, że nie jesteście zadufanymi w sobie snobami. Poza tym widać, że coś co robicie nie jest autentyczne, wasze. Widać to od razu. Bo nie ma w Was pasji czy zaangażowania, jaką cechuje bycie pionierem, który daje unikalny kontent.


To trochę wynika z naszej narodowej wady – nie lubimy, jak się komuś obok nas powodzi. Nawet minimalnie. Jak sąsiad kupi sobie nowe auto, to nie cieszymy się z tego, że mu się powodzi. Zazdrościmy i knujemy – pewnie ukradł, pewnie to wynik jego kombinacji. I to jest po prostu smutne. Że bierzemy coś co jest czyimś, nawet najmniejszym sukcesem i albo to publicznie deprecjonujemy, albo przekręcamy tak, żeby zostało odebrane maksymalnie negatywnie.

Dlatego, tak jak pisałam wcześniej – jeśli coś co zobaczycie w necie Wam się podoba, jest fajne i chcecie to zdublować, to chociaż dajcie znać, że to zainspirowane kimś innym. To wystarczy. Pokazujecie swoją fajną postawę i pomagacie innym. To, że ktoś dzięki temu zdobędzie kilku obserwujących czy polubień, nie zabierze ich Wam. Nie ma limitów, które mówią, że jak lubicie mnie, to nie możecie lubić innych. To bzdura. I postawa, która powoduje konflikty i nieuzasadnioną rywalizację. Zamiast zgrzytać zębami bo ktoś ma więcej lajków, pogratulujcie mu i pogadajcie. 

Popatrzcie jak to zrobili i mówiąc otwarcie o tym – skorzystajcie z jego recepty, jeśli jest w zgodzie z Wami. To nic strasznego. Zwłaszcza jeśli zachowujecie swoją unikalność i nie oszukujecie widzów. A jak bierzecie coś od kogoś i nie wspominacie o tym, to właśnie to robicie – kłamiecie swojej publiczności.



Możemy razem, jako społeczność iść ku sukcesowi. Nikt nikomu nie odbierze reklamodawców czy widzów. Te rynki i domeny są nadal niedoszacowane, brakuje trendsetterów, liderów opinii i zawsze jest miejsce na nowe twarze. A większa konkurencja sprzyja, nie psuje. Jeśli spojrzycie na zachodni YT czy właśnie Instagram – im więcej ludzi mówi, po swojemu, o ważnych sprawach, tym te sprawy stają się ważniejsze, bardziej słyszane, lepiej odbierane. Dlatego raczej współpracujmy, żeby być partnerami dla potencjalnych reklamodawców czy widzów. Nie monopolistami czy dominatorami. Bo bycie samemu na szczycie powoduje tylko to, że nikt Ci nie pomoże jak szczebelek na drabince sukcesu się złamie…a życie jest długie…

wtorek, 8 listopada 2016

Instagram – poważny żart

Prowadzę swojego instagrama od jakiegoś czasu.  I traktuję to jako zabawę, okazję do poznania nowych ludzi, pokazania swojej mordki szerszej publiczności. Jest jednak kilka kwestii, które zauważyłam i wprawiają mnie w niepowstrzymane zdumienie.


O sławie marzy każdy. Każdy chce być zauważony i dostrzeżony. Gdziekolwiek. Jakkolwiek. I Instagram poniekąd to umożliwia. Jest jednak kilka haczyków, na które się łapią „przyszłe niedoszłe” gwiazdy IG.

Po pierwsze – jak osiągniesz swój pierwszy tysiąc, to zacznie się gównoburza. Może mieć miejsce też wcześniej, ale nastąpi tak czy inaczej. Zacznie się od wysyłania wyrazów miłości w prywatnych wiadomościach (szufladka) i urośnie do wysyłania zdjęć penisów. Serio! To trzeba zignorować, kretynów blokować i żyć dalej. Jakakolwiek reakcja po fotce z przyrodzeniem to poważny błąd, podjudzający debila. Więc, jak widzisz chuja – blok!

Po drugie – zostaniecie zasypani milionem ofert podbicia ilości obserwujących. Oferty są kuszące, jest tylko jeden problem. Ci ludzie, których kupujecie, tak naprawdę Was nie śledzą. Bo albo ich niema, albo nie wiedzą, że Was akurat lajkują. Nie wiem co ma dla Was większa wartość – cyferka na profilu, czy prawdziwi i zaangażowani fani/oglądacze? Decyzja należy do Was, jednak osobiście uważam, że to trochę tak, jakby striptizerka płaciła klientom, żeby przychodzili na jej pokaz…

Po trzecie – drogie gwiazdeczki! To, że obserwuje Was kilkadziesiąt tysięcy ludzi (lub więcej) nie robi z Was VIPów. Macie dużo oglądaczy, nie jesteście sławne czy ważne. Macie dużo podglądaczy. Więc nie róbcie z siebie gwiazd rocka czy hip-hopu, albo modelek z wybiegów od Versace. Bo daleko Wam do nich. Więc oszczędźcie sobie gwiazdorzenia. Bo odpychacie od siebie ludzi, którzy Wam tę początkową popularność dali. Autentyczność popłaca. Pycha i snobowanie to jakby samemu sobie zajebać z łokcia w nos.

Po czwarte – używajcie jak najmniej filtrów. Bo dajecie amunicję trollom, których jest też sporo na IG. Może nie tylu co na FB, ale są i robią swoje. Czasem lepiej pokazać się bez nakładek w ciekawym otoczeniu czy stylizacji, niż nawalić sobie cyfrowego pudru i lansować się na to kim nie jesteśmy.

Na koniec – jak ktoś Was krytykuje w komentarzach, publicznie, bądźcie grzeczne, uśmiechajcie się i rozmawiajcie. Jak ktoś Was obraża i atakuje – od razu wywalamy taki komentarz i blok na ciołka. Z trollami nie wygracie, więc nie grajcie. Trolle nakręcają się tym, że się denerwujecie. Dyskusja ich podkręca. Z trollem się nie gada, bo on tam jest dla własnej radochy i po to by Was wnerwić, bo się tym karmi.

Nie mam nie wiadomo ilu obserwujących, bo staram się otaczać ludźmi, którzy cenią oryginalność i unikalność, nie kalki i kolejne klony postaci z portali plotkarskich. Owszem, jak pisałam na wstępie, miło byłoby mieć kilkadziesiąt tysięcy obserwujących i dostawać zlecenia na reklamowanie odzieży, kosmetyków czy innych gadżetów. Ale jeśli robicie to tylko po to, to wszyscy, łącznie z potencjalnymi reklamodawcami, momentalnie to wyczują. A nieautentyczność słabo sprzedaje. Zwłaszcza, że przy odrobinie wysiłku każdy może wyglądać jak gwiazda. A zachowują się tak już co poniektóre laleczki na IG. Pyknie tysiąc i panna jest od razu ze sfer wyższych, nie rozmawia z pospólstwem, ignoruje uwagi i sugestie, bo wie lepiej. I to je gubi, to je wpędza w spiralę, która w najlepszym wypadku skończy się zniechęceniem do Instagrama. W najgorszym doprowadzi do depresji lub innych zaburzeń.


Każdy ma szansę na swoje pięć minut w życiu. I albo przekuwamy to na coś, co ma szanse na bycie czymś więcej, albo wyciskamy z tego ile się da od razu i szybko wracamy do szarpania się z życiem. I nikt o Was za kolejne pięć minut nie będzie pamiętał.


Nie zapominajmy o jednym – to musi być zabawa. Musicie umieć śmiać się z siebie, bo Was zjedzą. To okrutne ale prawdziwe. Jak nie macie z tego radości, to od razu sobie darujcie. Po co męczyć siebie…i innych J