środa, 9 listopada 2016

Tatuaż – jaki wzór

Często pytacie o wzory. Jakie wybrać, skąd brać, ile kosztują. O ile na ostatnią kwestię nie odpowiem, bo tyle cen ilu tatuatorów, to postaram się w miarę kompleksowo odpowiedzieć na pozostałe kwestie.


Źródło


Najlepszym motywem jest coś, co zostanie stworzone dla Was. Indywidualnie i osobiście. Bo tatuaż będzie z Wami do końca życia i warto żeby oddawał w maksymalnym stopniu to, kim jesteście, co chcecie przekazać, zapisać na swoim ciele. Idealnie byłoby zatem, żebyście sami sobie zaprojektowali wzorek. Nie wszyscy jednak mamy talent i dlatego są wyjścia z tej sytuacji.

Możecie przeszukać zasoby sieci. Wzorów jest milion. Tylko starajcie się możliwie najbliżej celować w samych siebie. I nie wysyłajcie wzoru ściągniętego z sieci do tatuatora, bo zrobicie sobie pieczątkę bez osobowości, własnego akcentu. Wzór z sieci ma być „mniej więcej” tym co chcecie. No chyba, ze marzy Wam się kopia dzieła sztuki, albo znaleziony wzór bardziej pasuje do Was niż do kogokolwiek innego – wasz wybór.

Możecie też pójść do studia i pogadać z tatuatorem o tym co byście chcieli. Większość tatuatorów poradzi sobie z takim projektem. Wystarczy określić stylistykę, wielkość i co tam ma być i tatuator ogarnie za Was. Część takich autorskich projektów będzie wymagało dodatkowo opłaty, zwłaszcza jeśli nie chcecie, żeby ten wzór został zrobiony komukolwiek innemu. Ale chyba warto jeśli ma to być w 100% unikalne.

Jaki wzór.


Zacznijcie od tego jak duży ma być ten tatuaż. Bo od tego zależy jak wiele detali możecie w nim zmieścić. Nie uda Wam się zrobić koronkowego tatuażu wielkości monety, bo to niewykonalne. Generalnie – im większy tatuaż, tym więcej detali można w nim zaszyć. Więc zapomnijcie o dobrym odzwierciedleniu postaci Obcego z filmów Alien, gdy ma on być wielkości paczki papierosów. Tylko nie starajcie się zrobić z prostego wzoru na kartkę papieru A5, motywu na całą rękę, bo to wyjdzie groteskowo. Od razu walnijcie sobie tribal i z bani J

Następną rzeczą są kolory. To ważne. Bo o ile czarne wzorki są raczej uniwersalne i są podstawą wszelkich tatuaży, to kolory już mogą namieszać. Więc zastanówcie się czy w ogóle chcecie kolor, a jeśli tak to jaki. Czy to gra z Wami, z Waszym stylem, waszymi ciuchami. Czy wrzucenie jakiegoś koloru nie spowoduje, że wyrzucicie połowę ciuchów z szafy. To nie są błahe rzeczy i podpytajcie swoich kobiet jak jest to istotne. Bo wiemy, że faceci się na kolorach nie znają.

Pamiętajcie też, ze tatuaż zawsze będzie wyglądał nieco inaczej na skórze niż gdziekolwiek indziej. Nawet może różnie wyglądać u Ciebie i u kolegi. Bo mamy różne pigmenty skóry, nasza skora różnie reaguje na samo tatuowanie czy proces gojenia. Nie wspomnę nawet o tym, że na białej, płaskiej kartce zawsze wygląda inaczej niż na ciele. Bo to chyba oczywiste.

Jedna uwaga na koniec.

Jeżeli macie chociaż ułamek wątpliwości co do wzoru, co do tego czy rzeczywiście chcecie tatuaż – nie róbcie go. Nie ma nic gorszego i bardziej dołującego, stresującego, niż tatuaż, którego nie chcecie już na sobie. Używajcie więc mózgów do tatuowania, nie tylko emocji i portfela.


wtorek, 8 listopada 2016

Instagram – poważny żart

Prowadzę swojego instagrama od jakiegoś czasu.  I traktuję to jako zabawę, okazję do poznania nowych ludzi, pokazania swojej mordki szerszej publiczności. Jest jednak kilka kwestii, które zauważyłam i wprawiają mnie w niepowstrzymane zdumienie.


O sławie marzy każdy. Każdy chce być zauważony i dostrzeżony. Gdziekolwiek. Jakkolwiek. I Instagram poniekąd to umożliwia. Jest jednak kilka haczyków, na które się łapią „przyszłe niedoszłe” gwiazdy IG.

Po pierwsze – jak osiągniesz swój pierwszy tysiąc, to zacznie się gównoburza. Może mieć miejsce też wcześniej, ale nastąpi tak czy inaczej. Zacznie się od wysyłania wyrazów miłości w prywatnych wiadomościach (szufladka) i urośnie do wysyłania zdjęć penisów. Serio! To trzeba zignorować, kretynów blokować i żyć dalej. Jakakolwiek reakcja po fotce z przyrodzeniem to poważny błąd, podjudzający debila. Więc, jak widzisz chuja – blok!

Po drugie – zostaniecie zasypani milionem ofert podbicia ilości obserwujących. Oferty są kuszące, jest tylko jeden problem. Ci ludzie, których kupujecie, tak naprawdę Was nie śledzą. Bo albo ich niema, albo nie wiedzą, że Was akurat lajkują. Nie wiem co ma dla Was większa wartość – cyferka na profilu, czy prawdziwi i zaangażowani fani/oglądacze? Decyzja należy do Was, jednak osobiście uważam, że to trochę tak, jakby striptizerka płaciła klientom, żeby przychodzili na jej pokaz…

Po trzecie – drogie gwiazdeczki! To, że obserwuje Was kilkadziesiąt tysięcy ludzi (lub więcej) nie robi z Was VIPów. Macie dużo oglądaczy, nie jesteście sławne czy ważne. Macie dużo podglądaczy. Więc nie róbcie z siebie gwiazd rocka czy hip-hopu, albo modelek z wybiegów od Versace. Bo daleko Wam do nich. Więc oszczędźcie sobie gwiazdorzenia. Bo odpychacie od siebie ludzi, którzy Wam tę początkową popularność dali. Autentyczność popłaca. Pycha i snobowanie to jakby samemu sobie zajebać z łokcia w nos.

Po czwarte – używajcie jak najmniej filtrów. Bo dajecie amunicję trollom, których jest też sporo na IG. Może nie tylu co na FB, ale są i robią swoje. Czasem lepiej pokazać się bez nakładek w ciekawym otoczeniu czy stylizacji, niż nawalić sobie cyfrowego pudru i lansować się na to kim nie jesteśmy.

Na koniec – jak ktoś Was krytykuje w komentarzach, publicznie, bądźcie grzeczne, uśmiechajcie się i rozmawiajcie. Jak ktoś Was obraża i atakuje – od razu wywalamy taki komentarz i blok na ciołka. Z trollami nie wygracie, więc nie grajcie. Trolle nakręcają się tym, że się denerwujecie. Dyskusja ich podkręca. Z trollem się nie gada, bo on tam jest dla własnej radochy i po to by Was wnerwić, bo się tym karmi.

Nie mam nie wiadomo ilu obserwujących, bo staram się otaczać ludźmi, którzy cenią oryginalność i unikalność, nie kalki i kolejne klony postaci z portali plotkarskich. Owszem, jak pisałam na wstępie, miło byłoby mieć kilkadziesiąt tysięcy obserwujących i dostawać zlecenia na reklamowanie odzieży, kosmetyków czy innych gadżetów. Ale jeśli robicie to tylko po to, to wszyscy, łącznie z potencjalnymi reklamodawcami, momentalnie to wyczują. A nieautentyczność słabo sprzedaje. Zwłaszcza, że przy odrobinie wysiłku każdy może wyglądać jak gwiazda. A zachowują się tak już co poniektóre laleczki na IG. Pyknie tysiąc i panna jest od razu ze sfer wyższych, nie rozmawia z pospólstwem, ignoruje uwagi i sugestie, bo wie lepiej. I to je gubi, to je wpędza w spiralę, która w najlepszym wypadku skończy się zniechęceniem do Instagrama. W najgorszym doprowadzi do depresji lub innych zaburzeń.


Każdy ma szansę na swoje pięć minut w życiu. I albo przekuwamy to na coś, co ma szanse na bycie czymś więcej, albo wyciskamy z tego ile się da od razu i szybko wracamy do szarpania się z życiem. I nikt o Was za kolejne pięć minut nie będzie pamiętał.


Nie zapominajmy o jednym – to musi być zabawa. Musicie umieć śmiać się z siebie, bo Was zjedzą. To okrutne ale prawdziwe. Jak nie macie z tego radości, to od razu sobie darujcie. Po co męczyć siebie…i innych J



poniedziałek, 7 listopada 2016

Tatuaże – jak nas widzą…

Tatuaże, to nie jest prosta i społecznie akceptowana forma wyrażania samego siebie. Jeszcze nie. I trochę wody w Wiśle upłynie zanim stanie się to faktem. Do tego czasu możecie się spodziewać problemów przynajmniej w kilku miejscach, gdzie musicie przebywać…

Przestrzeń publiczna


Niestety normalne jest, że w parku, na placu czy w innych miejscach, ludzie będą na Was patrzeć jak na dziwolągi. Nie raz usłyszycie niewybredny komentarz, spotkacie się z pełnym niedowierzania kręceniem głową czy wprost z uwaga odnośnie Waszego wyglądu.

I co ciekawe – zwłaszcza dotyczy to kobiet. Faceciki jakoś się prześlizgują przez ciasne główki betonu. Kobiety z tatuażami, zwłaszcza widocznymi, to jakby obelga. I nie mogą wytrzymać bez komentarza, krytyki czy prawie oplucia takiej dziewczyny. Bo przecież nie wiedzą, ze nie powinno się nikogo oceniać po wyglądzie, nie wiedza, że wygląd można zmienić i nie świadczy o niczym. Nikt ich tego nie nauczył. Chociaż nie, zaraz, przecież wszędzie się o tym mówi. Od najmłodszych lat. Ale jak widzą kobietę z tatuażami to zapominają i muszą. Inaczej się uduszą.

Praca


Jak pracujesz i robisz sobie tatuaże, to może Ci się upiecze. Bo udowodniłaś swoją wartość i jeśli jesteś dobra w tym, co robisz, to pewnie nikt nie zwróci uwagi. Najgorzej jak szukasz nowej pracy. Bo automatycznie do tatuaży dokleją Ci etykietkę, a pierwsze wrażenie trudno zmyć.  Bardzo trudno.
Możesz wykorzystać swoje tatuaże jako zaletę. Jako cechę wyróżniającą, ułatwiającą zapamiętanie Cię jako osoby. Tylko, że nie zawsze jest to dobrze widziane. Zwłaszcza jak kompetencjami w CV przewyższasz nie tylko pracujących już ludzi, ale samych rekrutujących. Bo ludzi charakterystycznych, ciekawych i rzucających się w oczy, albo się eksploatuje (wykorzystuje w biznesie czy w sprzedaży) albo się ich nienawidzi i odtrąca. No może z tą nienawiścią to przesada, ale niechęć – jak najbardziej na miejscu.

I siedzisz sobie na rozmowie o pracę. Leży Twoje CV. A jedyne na co oni patrzą Twój tatuaż. I poważnie się odechciewa. Bo wiesz, że nawet jak Cię przyjmą, to będziesz „tą od tatuaży”. Napiętnowana na start i niosąca ten stygmat codziennie, przez cale godziny, dni, tygodnie.

Dom


Niby oaza spokoju, gdzie możesz być sobą i nie patrzeć na innych, nie martwić się. Ale tutaj tez zdarza się wujek, który prawie wymiotuje na Twój widok, nietolerancyjny kuzyn, czy dziadek, który nie chce gadać, bo masz tatuaż. Za nastawieniem idą czyny i jeśli taka atmosferę masz przylepioną do swoich wzorków, to ciężko jest szczerze się uśmiechać do ludzi. I to piętno przyrasta do nas.



Więc co możemy zrobić? Czy musimy? Bądźmy sobą. Nie dajmy się zaszufladkować, okleić etykietkami. Ba! Czasem zróbmy cos czego by się te wszystkie ciasne głowy nie spodziewały po „obdziargańcu”. Bo wszystko w naszych rękach. Człowiek bez tatuażu Nas nie zrozumie i nie będzie naszym adwokatem. Musimy sami dawać świadectwo, że tatuaże nie są złe, że nie powodują, że stajemy się gorsi. Pokażmy, że dzięki nim możemy stać się lepsi. Bo otwarcie pokazujemy swoją dusze, osobowość. Nie wstydzimy się swoich wad i nie zawahamy się użyć zalet. Daleka droga przed nami, ale kto ją przejdzie jak nie my J

Zaburzone życie odc.1 – F10.5

Oprócz tatuaży, bardzo interesują mnie zaburzenia psychiczne. Zwłaszcza gdy dotyczą dużej liczby osób, ale nie są leczone. Z przyczyn braku wiedzy lub ze zwykłej głupoty.


Chciałabym w tej serii poruszyć kilka wrażliwych strun, a być może obudzić kogoś z letargu. Może przeczytacie tutaj o zachowaniach swoich bliskich i okaże się, że można im pomóc? Nie wiem. Wiem, że czuję potrzebę zainteresowania ludzi ta problematyką, bo wbrew pozorom, każdy jakieś zaburzenie ma. A zaburzeniami można żyć. Tylko czasem trzeba je znać i wiedzieć jak sobie z nimi radzić.

Na pierwszy rzut biorę zaburzenie psychotyczne, które nosi potoczną nazwę Zespołu Otella. I jak się przekonacie – jest ono w dużej liczbie obecne w naszych życiach…tylko o tym nie wiemy, albo to ignorujemy.


Co to jest?


Zespól Otella bierze swoją nazwę od mitycznego Otella, który bezpodstawnie oskarża swoją żonę, Desdemonę o zdradę. Doprowadzony urojonymi podejrzeniami do granic, zabija ją i popełnia samobójstwo.

Obłęd zazdrości (w klasyfikacji ICD-10 oznaczony jako F10.5) to zaburzenie należące do psychoz urojeniowych, często powodowanych nadużywaniem alkoholu, ale nie tylko. Zaklasyfikowane jako psychoza alkoholowa, pojawia się jednak nie tylko w wyniku picia.

Zaburzenie to objawia się chorobliwą zazdrością, prowadząca do urojeń o niewierności partnera lub małżonka. Przeważnie, każdy znajomy partnera/partnerki to „kochanek”, a „dowodami” na to są najbardziej absurdalne rzeczy. Osoba z tym zaburzeniem może posuwać się do śledzenia swojego partnera, sprawdzania bielizny, telefonu czy nawet uwięzienia. Obłęd może sięgać nawet poziomu, gdy wszyscy dookoła zdają się spiskować, żeby ukryć zdradę partnera. Nie skutkują żadne argumenty, a każde wytłumaczenie wzmacnia tylko podejrzenia i psychozę. Często osoba zaburzona domaga się przyznania do zdrady i obiecuje że prześladowania ustąpią, ale przeważnie prowadzi to do eskalacji, włączając uszkodzenia ciała lub śmierć. Zagrożeni są nie tylko partnerzy, ale także domniemani kochankowie i współspiskowcy „zdradzającego/zdradzającej”.

Co można zrobić?


Jeżeli odkryjemy w sobie lub osobie bliskiej symptomy Zespół Otella, to należy jak najszybciej postarać się o pomoc specjalisty. Pewną pomocą na pewno będzie psychiatra i środki antypsychotyczne. Jednak nie dają one zadowalających rezultatów. Dlatego musi to być uzupełnione psychoterapią oraz izolacją od najbliższych objętych obłędem.

Chorobliwa zazdrość może prowadzić osobę zaburzona do stanów depresyjnych, prowadzących do samobójstwa. Jako, że zaburzenie wiąże się z ryzykiem uszkodzenia kogoś lub samego siebie, należy bacznie taką osobę obserwować i w przypadku eskalacji – nie zwlekać z wołaniem o pomoc.

Często zaburzeniami towarzyszącym są dysfunkcje seksualne, zaburzenia dwubiegunowe, schizofrenia czy zaburzenie urojeniowe. Dlatego nie można lekceważyć żadnych symptomów. Im wcześniej rozpoznamy i zajmiemy się problemem, tym większe szanse na poradzenie sobie z nim lub większa szansa na wyjście z takiego związku. Bo zaburzenie to może trwać do końca życia. Ofiar lub osoby zaburzonej.

Dlatego bardzo ważna jest świadomość zagrożenia, wiedza o nim. Nie możemy ignorować takich przypadków. Ci ludzie w większości nie wiedza, że są chorzy, nie dopuszczają do siebie takich myśli. Dla nich to normalne zachowanie, uzasadnione i nie potrzebują pomocy. Aż do momentu gdy jest za późno.



Dajcie znać o czym mam napisać w kolejnym wpisie! Jakie zaburzenie opisać, zbadać, prześledzić. Czekam na Wasze sugestie!

niedziela, 6 listopada 2016

Nagrody?¿?¿




Tatuaże – część druga i nie ostatnia

Wczoraj pisałam co nieco, o historii tatuażu. I jeśli chcecie żebym zagłębiła się w któryś wątek, kulturę, historię – dajcie znać. Chętnie sama się dowiem więcej na ten temat.
Zgodnie z obietnicą, dziś pogadam, popiszę, o tym jak dziś postrzegany jest tatuaż. To do dzieła.

Moda

To w tym momencie najpowszechniejsze. Tatuaże po prostu są modne. I wszyscy, którzy je robią z tego właśnie powodu, nie biorą pod uwagę jednej rzeczy.
Mody przychodzą i przemijają. Tatuaże nie. Dziś zrobienie rękawa będzie budowało Twoją pozycję wśród innych, jutro będzie kichą i przypałem. I powoli to staje się faktem, bo osoby robiące tatuaże pod wpływem mody są łatwo „wyławiane” i są piętnowane. Bo są naiwnymi dziećmi, które odcinają sobie palec bo kolega stracił go w wypadku i jest teraz popularny. A że nie może grzebać w nosie, to nie jest istotne.

Jak robisz tatuaż bo jest modny…zastanów się, bo to się zemści. W ten czy inny sposób. I może utrudnić Ci życie.

Symbolika


Część ludzi robi sobie tatuaże, które dla nich są symbolami. Symbolami ich życia, doświadczeń, przeżytych traum i radości. Traktują swoje ciała jak pamiętniki, z których oni potrafią czytać. Niekoniecznie inni. I to jest jak najbardziej w porządku, o ile za treścią idzie forma spełniająca jakieś standardy estetyczne czy artystyczne. Bo serio - napisy z datami to kicha, kopiowanie wzorów od innych to też straszna kapa. Bo każdy ma inne podejście do symboli, dla każdego znaczą coś innego i niosą inne przesłanie.

Są przypadki symboli uniwersalnych – pacyfa, pentagram, krzyż. I o ile niosą ze sobą ładunek symboliczny, często osobisty, to świadczą troszkę o czymś innym.

Przynależność


To też częsty powód tatuowania. Bo czasem, jeśli utożsamiamy się z jakąś grupą społeczną, formalną lub nieformalną, to chcemy to pokazać. Patrioci robią sobie symbole orła i Polski Walczącej, metalowcy diabła, trzy szóstki albo postaci z okładek lubianych kapel, hipsterzy kotki i inne głupotki , kibice logo drużyn, itd.

Pułapką tego jest to, że poglądy się zmieniają. Czasem z upływem lat i doświadczenia – tracą na znaczeniu. Czasem w wyniku różnych wydarzeń tracimy wiarę czy poczucie przynależności do danej grupy. I wtedy mamy problem. I dlatego ostrożnie z tego typu deklaracjami.

Ale tatuaże to nie tylko moda, symbolika czy plakietka drużyny…

Sztuka


Uwierzcie mi, że jest spora grupa ludzi, którzy tatuują się z powodów estetycznych. Po prostu chcą mieć swój udział w dziele sztuki. Chcą stać się dziełem sztuki. Tatuaż to umożliwia. I jeśli nie tatuujecie sobie emotikonka czy kolejnego napisu – to jest spora szansa, że jesteście unikalnym dziełem sztuki! I tak powinniście na siebie patrzeć.

Bo ludzie nie zawsze tak na Was będą spoglądać. Ale o tym…w kolejnym wpisie!




sobota, 5 listopada 2016

Tatuaże - moje i Wasze życie

Dużo wrzucam zdjęć na Instagrama. Sporo używam Snapchata. Trzeba więc teraz zadbać o tych, którzy jednak wolą czytać niż oglądać. A zacznę od ulubionego tematu, czyli tatuaży.

Co to jest?

Tatuaż jaki jest każdy widzi. Wszyscy też, z grubsza wiedzą, jak się go wykonuje. Ale skąd się wziął? Tego nie wiedzą wszyscy.

Tatuaże Ötzi 
Samo słowo wywodzi się z polinezyjskiego słowa tatau, które oznacza tyle co "pisać". Pierwsza pisemna wzmianka o tatuażach pojawia się w dziennikach Josepha Banksa, badacza pływającego z kapitanem Cookiem na HMS Endavour. Cook słowo to przywiózł z podróży do Tahiti i Nowej Zelandii, która skończyła w 1769 roku.

Historycznie, najstarszy odkryty tatuaż datuje się na 3250 lat przed nasza erą. Więc mamy dowody, że tatuaże są z nami już od bardo dawna.

Jakie jednak pełniły funkcje w starożytności?

Tatuaż mumii egipskiej 

Po co?

W przypadku najstarszego tatuażu na ciele Ötzi (człowiek lodu - 3300 p.n.e.) znaleziono 61 tatuaży, prawdopodobnie będących pozostałością po prymitywnych zabiegach medycznych. Takie tatuaże powstają w wyniku zabrudzenia igły lub ostrego przedmiotu podczas jego opalania w ogniu.

Pierwotne tatuaże były też odnalezione na szczątkach rdzennej ludności Japonii - Ajnów. Tradycyjnie tatuowali oni sobie twarze podobnie jak ludy Austroazjatyckie (południowo wschodnia Azja). Tatuaże miały znaczenie symboliczne lub mówiły o statusie danej osoby w społecznościach.

Tatuaże były powszechne w starożytnym Egipcie. Służyły jako narzędzie medyczne, religijne lub jako kara za przestępstwa.

Kobieta Ajnów 
W Chinach tatuaże były rozpatrywane jako obyczaj barbarzyński. Nosili je bandyci i bohaterowie ludowi. Poza tym tatuowano znak 囚 (więzień) na twarzach skazanych przestępców.

W Japonii, użycie tatuaży do celów duchowych lub dekoracyjnych datuje się nawet do 10 000 lat przed naszą erą. Tatuaże pokazywały status społeczny, wykonywany zawód i tak dalej. Tradycja tatuowania całych ciał, dziś praktykowana w środowiskach japońskiej mafii Yakuzy, wywodzi się wprost ze środowiska samurajów, którzy zamieniali zbroje na tatuaż i w konsekwencji stworzyli Yakuzę. W pewnym momencie, jeden z Szogunów zakazał ozdabiania ubrań przez pospólstwo i to spowodowało popularyzację tatuaży dekoracyjnych wśród zwykłych ludzi.

W kulturach Oceanii tatuaże miały funkcję społeczne, religijne i magiczne. Wyróżnia się tutaj kultura Samoańska (pe'a) i Nowozelandzka (Tā moko) i zachęcam do zgłębienia tej historii, bo jest ciekawa.

W Europie, poza Ötzi, znaleziono ślady tatuaży w kulturze celtyckiej, skandynawskiej i wielu innych. Tatuowali się też pielgrzymi do Ziemi Świętej i miejsc kultu chrześcijańskiego, dopóki nie zostało to zakazane bullą papieską.

W obu Amerykach tatuaże były powszechne wśród indian.

Zatem jak widzicie, tatuaże to nie jest nowość i często były negatywnie kojarzone (przestępcy, bandyci) ale miały też wiele innych funkcji. I to się przenosi też do czasów dzisiejszych.

Tā moko 

Dziś

Tatuaże ostatnio stają się modne. To jedna strona medalu. Dla wielu osób jednak to znacznie więcej. 

Oczywiście, część społeczeństwa nadal uważa, że tatuaże to patologia, cecha recydywistów i bandziorów. Prawda jest, jak zawsze, bardziej złożona.

...ale o tym pogadamy w kolejnym wpisie :)

czwartek, 29 września 2016

Tatuaż i życie - gorzka prawda

Tekst pierwotnie z BLOGA - Niepoprawny

***

Podejrzewam, że obecnie, co druga osoba między osiemnastym a trzydziestym rokiem życia ma tatuaż. Jeden albo kilka. Tatuaże są modne. Wkraczają w przestrzeń publiczną na wiele sposobów.
Celebryci gdzieniegdzie nieśmiało je pokazują, w reklamach, aktorzy coraz częściej są wytatuowani, gwiazdy filmowe nie stronią od tej formy ekspresji. Czy to w życiu prywatnym, czy też w kreowanych postaciach. I wszystko, z pozoru, wygląda super. Oswajamy tatuaże, tak jak wcześniej oswajaliśmy wiele innych przejawów ludzkiej kreatywności. Niewiele osób dziś powie, że nie akceptuje tatuaży w ogóle. Często wręcz mówią o tym, że je w pełni akceptują, rozumieją i wspierają. Tylko, że to gówno prawda. Trzeba jednak mieć tatuaż, żeby się o tym przekonać.

Dom rodzinny

Czy wasi rodzice lub dziadkowie akceptują to, że macie tatuaż? Pewnie jak już je zrobiliście, to akceptują albo udają że ich nie widzą. Jednak gdybyście ich zapytali zanim je zrobicie, to wielu z 
waszych najbliższych by wam próbowało wybić to z głowy. O ile u rodziców częściej jest to akceptowalne, to u dziadków, już słabiej. I nie ma się co dziwić. To dwa pokolenia wstecz. Tatuaże mieli wtedy kryminaliści i czasem marynarze. Tyle. Dziś patrzą w telewizję i młodych ludzi na ulicach i po prostu nie rozumieją. Tylko, czy brak zrozumienia upoważnia ich do stygmatyzacji, napiętnowania innych? Jak macie babcię albo dziadka, który patrząc na wasze dziary, nie dostaje zawału serca - to super. Jeśli dodatkowo nie zaczęli was traktować inaczej, gorzej, to po prostu macie fart jakich mało.

Często jednak jest tak, że tatuaże przed dziadkami chowamy, ukrywam, nie chcemy nawet o tym gadać. A oni udają, że nie widzą i status quo zachowane. Ma tej kijaszek jednak dwa końce. Bo taka babcia nie skuma, o co chodzi, obcym nie uwierzy i jak zobaczy kogoś wytatuowanego na ulicy, to swoje pomyśli, a czasem, ciszej lub głośniej wyrazi opinię. 

Z rodzicami jest nieco inaczej. Swoje myślą, ale nie mają czasu na debaty. Trzeba pracować, utrzymać dom. Dlatego często nie wiedzą że dziecko ma tatuaż, tak jak nie bardzo się orientują co ich dzieci oglądają na YouTube. Z resztą co mogą zrobić? Żeby mieć tatuaż trzeba skończyć osiemnaście lat, a jak dzieciak jest pełnoletni, to "starzy mogą mu skoczyć". I ta postać rzeczy ma niebagatelny wpływ na fakt, że dzisiaj z tatuażami nie jest łatwo żyć w Polsce. Zwłaszcza, że to wasi "starzy" są dyrektorami HR w firmach, do których idziemy pracować. Ale do pracy wrócimy za chwilę.

Spacerkiem po parku

Lato, idziemy po parku. Krótkie spodenki, koszulki z krótkimi rękawami. Tatuaże na wierzchu. W parkach w centrum miasta, gdzie tak naprawdę najwięcej jest młodzieży, jest względnie spoko. Najgorzej jak trafisz na park od rana do wieczora obsadzony grupami osiedlowych krok, które z braku innego zajęcia, zajmują się życiem innych. Zwłaszcza obcych, bo w swoje własne gniazdka nie patrzą. Z lęku, że znajdą tam to, co codziennie piętnują czy z innych powodów - nie wiem. Wiem że zawsze mają coś do powiedzenia jak obok przejdzie ktoś, kto się wyróżnia. 

Co ciekawe, faceci mają względny spokój. Pewnie się boją gwałtownej reakcji. Ale wytatuowana kobieta ma przesrane. Jeśli komentarze zostaną wypowiedziane cicho, to pół biedy. Ale w grupie, jak to w grupie. Nawet kwoki są mocne. Więc często komentarz jest wygłoszony na tyle głośno, żeby można było go wychwycić wśród gdakania. 

I możemy się upierać, że opinia innych nas grzeje, nie ma znaczenia. Nie jest to jednak miłe, usłyszeć na spacerze nie wyszukany komentarz, sięgający kilku pokoleń wstecz, lub własnych dzieci. A uwierzcie mi że zdarza się to nader często. 

Pojedynczo jednak kwoki nie są groźne, to parkowe wybiegi, które sprzyjają kumulacji elementu ptasiej, powodują że rośnie odwaga, buta i brak tolerancji.

...a na 9:00 do pracy... 

Jak macie pracę, oczywiście. Bo łatwiej jest komuś, kto ma pracę, sprawdził się i jest dobrym pracownikiem. Taka osoba jak przyjdzie do roboty z nowym tatuażem nie musi się bardzo obawiać. Jeśli jednak szukacie pracy...to jest ciut gorzej. No dobra, nie ciut. Jest przesrane. Jak masz tatuaże w widocznych miejscach - to prawie tak, jakbyś napisał sobie na czole - nie przyjmujcie mnie. I to jest chora sytuacja. 

Co prawda sytuacja się znacznie poprawia, widać to gołym, nieuzbrojonym okiem. Wystarczy przejść się po galerii handlowej, żeby zobaczyć, że wielu ze sprzedawców w sklepach z ubraniami ma tatuaże. Ale to wyjątki, bo tam przeważnie są całe składy młodych ludzi i wszyscy noszą dziary. Gorzej jest w miejscach, gdzie obsada, jest niejednolita. Wyróżnianie się tatuażem działa na naszą niekorzyść. Jeszcze.

Pracodawcy powinni zdać sobie sprawę z kilku faktów.

Przede wszystkim - tatuaż jest formą ekspresji i jeśli akceptują biżuterię, lekką ekstrawagancję w ubiorze czy niecodzienny sposób bycia niektórych pracowników, to dlaczego stawiają tatuaż jako patologiczny i niechciany? To hipokryzja. I jeśli Zosia, z boksu obok, może na spotkanie klienta przyjść w kwiecistej sukience, z wielką broszką w kształcie kupy, to dlaczego ja nie mogę pójść schludnie ubrany, ale lekko wystającym tatuażem na szyi? 

Kolejny fakt, to to, że tatuaże są po prostu drogie. Więc pracownik chcący zrobić sobie kolejny tatuaż, będzie zmotywowany. Od dawna wiadomo, że pracownik z pasją, nawet nie związaną z przedmiotem działalności, bedzie dobrze pracował, bo po prostu na realizację swojej pasji potrzebuje kasy. A tatuaże nie dość, że kosztują, to są uzależniające. Mądry pracodawca powinien to wykorzystać, zamiast piętnować. Przecież pracownik za biurkiem, nawet jeśli okazjonalnie spotyka sie z klientem zewnętrznym, nie jest gorszym pracownikiem tylko dlatego, że ma kolorowa skórę.

Ja osobiście nie mam problemów w pracy. Jednak znam sytuację ludzi posiadających dużo wzorków i ich zmagania na rynku pracy nie napawają optymizmem. Sytuacja, jak wspomniałem, powoli się zmienia, ale to zmiana, która idzie pokoleniowo, wiec nie ma raczej szans na raptowną zmianę na rynku pracy.


Optymizmem napawają jednak strony typu "Jestem za akceptacją tatuaży w miejscu pracy" z blisko 400 tysiącami polubień, czy inne inicjatywy. Popularność tatuaży sprzyja wzrostowi ich akceptacji. I nawet weterani dziarania, utyskujący na fakt, że stały się "modne" i ludzie robią sobie byle co, byle mieć - zyskują w szerokim ujęciu na tym fakcie. 

Trochę jeszcze potrwa zanim tatuaże przestaną być stygmatem. Powoli idziemy w tym kierunku, ale przed nami długa droga. 

A Wy - uważacie, że ocena kogoś przez pryzmat tatuaży to dobre podejście? Czy taka postawa nie nosi znamion specyficznego szowinizmu, czy nowego "rasizmu"? Zapraszam do dyskusji!