wtorek, 8 listopada 2016

Instagram – poważny żart

Prowadzę swojego instagrama od jakiegoś czasu.  I traktuję to jako zabawę, okazję do poznania nowych ludzi, pokazania swojej mordki szerszej publiczności. Jest jednak kilka kwestii, które zauważyłam i wprawiają mnie w niepowstrzymane zdumienie.


O sławie marzy każdy. Każdy chce być zauważony i dostrzeżony. Gdziekolwiek. Jakkolwiek. I Instagram poniekąd to umożliwia. Jest jednak kilka haczyków, na które się łapią „przyszłe niedoszłe” gwiazdy IG.

Po pierwsze – jak osiągniesz swój pierwszy tysiąc, to zacznie się gównoburza. Może mieć miejsce też wcześniej, ale nastąpi tak czy inaczej. Zacznie się od wysyłania wyrazów miłości w prywatnych wiadomościach (szufladka) i urośnie do wysyłania zdjęć penisów. Serio! To trzeba zignorować, kretynów blokować i żyć dalej. Jakakolwiek reakcja po fotce z przyrodzeniem to poważny błąd, podjudzający debila. Więc, jak widzisz chuja – blok!

Po drugie – zostaniecie zasypani milionem ofert podbicia ilości obserwujących. Oferty są kuszące, jest tylko jeden problem. Ci ludzie, których kupujecie, tak naprawdę Was nie śledzą. Bo albo ich niema, albo nie wiedzą, że Was akurat lajkują. Nie wiem co ma dla Was większa wartość – cyferka na profilu, czy prawdziwi i zaangażowani fani/oglądacze? Decyzja należy do Was, jednak osobiście uważam, że to trochę tak, jakby striptizerka płaciła klientom, żeby przychodzili na jej pokaz…

Po trzecie – drogie gwiazdeczki! To, że obserwuje Was kilkadziesiąt tysięcy ludzi (lub więcej) nie robi z Was VIPów. Macie dużo oglądaczy, nie jesteście sławne czy ważne. Macie dużo podglądaczy. Więc nie róbcie z siebie gwiazd rocka czy hip-hopu, albo modelek z wybiegów od Versace. Bo daleko Wam do nich. Więc oszczędźcie sobie gwiazdorzenia. Bo odpychacie od siebie ludzi, którzy Wam tę początkową popularność dali. Autentyczność popłaca. Pycha i snobowanie to jakby samemu sobie zajebać z łokcia w nos.

Po czwarte – używajcie jak najmniej filtrów. Bo dajecie amunicję trollom, których jest też sporo na IG. Może nie tylu co na FB, ale są i robią swoje. Czasem lepiej pokazać się bez nakładek w ciekawym otoczeniu czy stylizacji, niż nawalić sobie cyfrowego pudru i lansować się na to kim nie jesteśmy.

Na koniec – jak ktoś Was krytykuje w komentarzach, publicznie, bądźcie grzeczne, uśmiechajcie się i rozmawiajcie. Jak ktoś Was obraża i atakuje – od razu wywalamy taki komentarz i blok na ciołka. Z trollami nie wygracie, więc nie grajcie. Trolle nakręcają się tym, że się denerwujecie. Dyskusja ich podkręca. Z trollem się nie gada, bo on tam jest dla własnej radochy i po to by Was wnerwić, bo się tym karmi.

Nie mam nie wiadomo ilu obserwujących, bo staram się otaczać ludźmi, którzy cenią oryginalność i unikalność, nie kalki i kolejne klony postaci z portali plotkarskich. Owszem, jak pisałam na wstępie, miło byłoby mieć kilkadziesiąt tysięcy obserwujących i dostawać zlecenia na reklamowanie odzieży, kosmetyków czy innych gadżetów. Ale jeśli robicie to tylko po to, to wszyscy, łącznie z potencjalnymi reklamodawcami, momentalnie to wyczują. A nieautentyczność słabo sprzedaje. Zwłaszcza, że przy odrobinie wysiłku każdy może wyglądać jak gwiazda. A zachowują się tak już co poniektóre laleczki na IG. Pyknie tysiąc i panna jest od razu ze sfer wyższych, nie rozmawia z pospólstwem, ignoruje uwagi i sugestie, bo wie lepiej. I to je gubi, to je wpędza w spiralę, która w najlepszym wypadku skończy się zniechęceniem do Instagrama. W najgorszym doprowadzi do depresji lub innych zaburzeń.


Każdy ma szansę na swoje pięć minut w życiu. I albo przekuwamy to na coś, co ma szanse na bycie czymś więcej, albo wyciskamy z tego ile się da od razu i szybko wracamy do szarpania się z życiem. I nikt o Was za kolejne pięć minut nie będzie pamiętał.


Nie zapominajmy o jednym – to musi być zabawa. Musicie umieć śmiać się z siebie, bo Was zjedzą. To okrutne ale prawdziwe. Jak nie macie z tego radości, to od razu sobie darujcie. Po co męczyć siebie…i innych J